..stąd pisanie bloga, kiedy powinnam oglądać filmy pod powiekami.
Miesiąc mnie nie było, bo się bujałam po Azji. Troszkę. Moje katastroficzne wizje się nie sprawdziły, paszport się znalazł, żaden z 5 samolotów nie spadł, trzymanie kciuków podziałało i na komary i na różne złe bakterie. Głowę otworzyłam. Posmakowałam azjatyckiej kuchni. Jadłam owoce, o jakich się nie śniło filozofom.
Fajnie było i się skończyło, bo miesiąc to jest dużo czasu tylko wtedy, gdy się swój wiek liczy w miesiącach albo jak jest nudno i źle. Porozglądałam się i wracam najprędzej jak się ogarnę i wtedy może będę w stanie działać bardziej metodycznie w związku z czym będę wiedzieć, co właściwie jem i będę mogła to opisać. A na razie boli mnie serce, że jestem tu a nie tam, i wewnętrzny lekarz mi zabrania wspominać.
Zanurzyłam się więc od nowa, z głową i butami, w londyńską codzienność. Przeprowadziłam się na Południe, żeby sobie udowodnić, że nie jestem sentymentalna. Mieszkam nad Rzeką i niebieskie Oko mnie przez okno podgląda wieczorami. Na Północ jeżdżę w gości i do Passing Clouds. Reszte mam pod nosem, how convient.
Jestem na bananowej diecie Siddharty Hessego. Z dodatkiem kawy i czekolady.
Zakochałam się w szwedzkiej studentce angielskiej literatury o buzi Geeny "Thelmy" Davies. Rozmawiałyśmy o ulubionych pisarzach; przyszpanowałam znajomością contemporary russian writers i dostałam jej maila hihi tani podryw na wzniosłe idee. Powiedziałam też, że powinna być modelką a nie kelenerką. Musiałam to kiedyś usłyszeć, no chyba że mam naturalną skłonność do banału.
Szykuje się najazd gości (którym chyba będę musiała rozbić hamaki w mojej kurzej klatce) więc może będzie o czym pisać w ramach kulinarnych opowieści, bo na razie to mogę jedynie opowiadać o bananach i sercu niespokojnym od kawy i nadmiaru emocji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz