sobota, 26 marca 2011

trzy miłości w jednym poście


Sponsorem dzisiejszego odcinka są postaci z kreskówek nazwane od jedzenia: Panini i Flapjack.

Panini (nie) jest dziewczyną Chowdera a w realu bułką z różnymi gadżetami aka kanapką. Panini wpadła w me łapki w ten sposób, że z lenistwa postanowiłam zrobić sobie na kolację kolejną herbatę i wtedy przemiły Włoch, którego imienia nie znam (on moje zna jakoś), a który często przesiaduje w naszym salonie z innymi nieznanymi mi z imienia Włochami oraz z tymi, których znam; więc ten Włoch zapytał: Kasia chcesz panini? I wręczył mi papierową torebkę z różnymi bułkami do wyboru mniam mniam

Flapjack z kolei to tytułowy bohater mojej drugiej ulubionej kreskówki. Flapjacka dziś wcale nie jadłam (chciałabym!) ale jadłam nie tak dawno i nic nie powiedziałam więc się teraz rehabilituję. A jest to takie płaskie ciasto-nie-ciasto, posklejane z płatków owsianych, oraz suszonych owoców. Nie jestem specjalistą – może są różne jeszcze opcje. Pyszne i o milionowej kaloryczności.


Jadłam dziś za to sardynki z puszki,o. Nie mam w zwyczaju ich jadać, za to moja mama tak i można to uznać za tribute. Puszkę kupiłam bo była śliczna a potem się okazało, że sardynki smakowite. Ułożyłam na talerzu garstkę rukoli, pół garstki szpinaku, kilka oliwek a na to sardynki i gotowy mały treat. Do picia sok pomidorowy, amen.


A to było na lunch i zupełnie poplątałam chronologię, bo jakoś mi pisanie nieskładnie dziś idzie, niech mi będzie wybaczone gdyż dzień pełen emocji.

Kupiłam w charitku książkę kucharską ‘Great Value Gourmet. Meals and Menus for Ł1’. Oraz przewodnik ‘Southeast Asia on a Shoestring’. Yay.

poniedziałek, 21 marca 2011

chmury przemijaja po raz trzeci i, na jakis czas, ostatni a Żydzi świętują

Purim. Dla niewtajemniczonych: żydowski karnawał. Miały być osobne posty o Żydach i ich zwyczajach także żywieniowych, jako że mieszkam (jeszcze kilka dni) w dzielnicy żydowskiej, nawet ortodoksyjnie; ale nie będzie, bo nie mam teraz głowy do Żydów.
Polowałam dziś na nich z aparatem, bo poprzebierani chodzili po mieście i widok stanowili przynajmniej ciekawy. Zdjęcia analogowe, więc na update trzeba poczekać (może też się zdarzyć, że będą na świętego nigdy, bo chyba zerwałam film..) ale picture this: Pan przysadzisty, w tradycyjnym stroju (czarny szlafrok, białe skarpety i czarne buty, na głowie futrzana czapa z dziurką, pejsy jasna sprawa) prowadzi gromadkę dzieci swoich (zawsze gromadka) i wszystkie przebrane tak samo np. osiem pastereczek, które można ustawić od najmniejszej do największej ale wszystkie jednakie; albo zastęp małych żołnierzy (sick!). Widziałam też Żydówkę przebraną za Muzułmankę oraz niemowlę przebrane za kupę (co miała być chałką..).

I tak przez Stamford Hill i Stoke Newington dojechałam na Kingsland, do PC, jak co niedziela.
Również zaczęłam od zdjęć, które wciąż w aparacie lub w raju dla nienarodzonych zdjęć.

Tym razem ośmieliłam się głos zabrać a nie tylko tłuc ziemniaki na puree, o. Zaproponowałam jedyne, co się odważam robić przy ludziach, szczególnie nieznajomych hipsterach, czyli brownies - nigdy nie zawodzi, bo to ciasto, co z istoty swej jej porażką, błędem gospodyni, co zapomniała dodać proszek do pieczenia i nie urosło.
Jeśli mowa o preparacjach to, jako że to peoples kitchen, chaos panuje nieziemski. Miksery na ten przykład są przynajmniej 3 ale z porozrzucanych części nie udało mi się złożyć ani jednego. Spróbowałam wobec tego takiego wynalazku jak mikser ręczny ale szczerze to z dupy taki mikser i skończyło się, standardowo, na robieniu ciasta widelcem hihi
Teraz kwestia składników: gotuje się z tego, co akurat jest; to jedzenie za darmoszkę więc nie ma wybrzydzania. Co Pan Tescos rzuci-bierzemy. Pan Tescos dużo akurat podarował pret a manger, że tak powiem i nie mam na myśli popularnej sieci kanapkowej, więc gdyby nawet nic nie wyszło z naszych eksperymentów kulinarnych nikt nie byłby głodny, bo można było podjadać popakowane tortije i kisze. Szczęśliwie znalazło się w darach w bród gorzkiej czekolady, jajka i masło.
Żeby nie przeciągać opowieści o czekoladowym cieście: upiekłam, wyszło najzajebistsze, wszyscy mnie po plecach klepali.
A potem był film, hinduski, bez napisów a ja się delektowałam moim ciastem i nawet się nie zorientowałam i wszystko rozumiałam. Dobre brownies działa jak space cake i stapia ze Światem w jedno, omm.

Przepis na brownies:
Roztopić w kąpieli wodnej 2 tabliczki czekolady i kostkę masła. Rozmieszać widelcem jajka całe w ilości od 4 do 6 (lepiej 6 ale jak się ma tylko 4 to Ziemia się nie zatrzęsie), mieszać dalej dodając cukru 1,5 lub 2 szkl cukru (jak się lubi słodsze) i mąki 3/4 szkl. Dodać rozpuszczoną czekoladę, wylać na foremkę wyłożoną papierem lub wysmarowaną masłem i wysypaną kakao/mąką (tak mi jedna hipsterka podpowiedziała i się udało), piec w 200 st.C przez 20min. Sprawdzić czy się nie trzęsie. W środku może być mokre - wtedy jest jeszcze pyszniejsze.

piątek, 18 marca 2011

P.S.

Do wyjazdu zostało 11 dni. Przygotowania w proszku ale horoskop na iGoogle dobrze mi wróży: "Możliwość podróżowania. Nie warto odkładać na później tego, co można zrobić dzisiaj, jutro może nie być czasu. Warto wykorzystać każdą chwilę życia. Iść na przód."
W ramach researchu przeglądam kulinarne blogi o kuchni azjatyckiej sysy (linki obok)

london in da rain

Deszczowa londyńska aura. Wczorajsze obżarstwo w savoy'u jest już tylko wspomnieniem. Bieda-rada: późne wstawanie pozwala zaoszczędzić na śniadaniu.
Bieda-rada2: na pusty brzuszek pomaga też trochę złośliwa satysfakcja, że tam oto ludzie pracują a ty się wylegujesz w łóżku. Ja z mojego okna mam widok na college i spod kołderki widzę, jak harrypotery w mundurkach uwijają się jak mróweczki po korytarzach szkoły.

Wracając do miłych wspomnień z pracy..
Na przystawkę wybrałam sałatkę z ciecierzycą i selerem naciowym, i szynką jeśli mnie kubki smakowe nie mylą, lub pędami bambusa.. oraz gotowane buraczki z vinegrait i pietruszką (buraczki to tak niewygodne w obróbce warzywo, wymierające w kuchni mam wrażenie, że zawsze zjadam, jak mam okazję, gdyż mam w głowie zakodowane, że ultrazdrowe).
Danie główne: cod czyli ten no dorsz pod pierzynką, serwowany na fasolce szparagowej (w sensie: ja sobie tak zaserwowałam).
Deser: tort czekoladowy.. i tort fistaszkowy (nie mogłam się powstrzymać; bardzo żałowałam).

Właśnie sobie przypomniałam, że świsnęłam parę czekolad, jakie zostały po evencie, a były prezencikiem dla gości i właśnie zajadam czekoladę mniam mniam

Wczoraj odpuściłam rower i postanowiłam przypomnieć sobie, jak to jest w środkach komunikacji miejskiej więc miałam przygodę pt. metro i double-decker w drodze powrotnej.
Metro nie lubiłabym bardzo, gdybym musiała korzystać z niego regularnie. Jest za drogie, klaustrofobiczne i bez widoczków za oknem, przez co trzeba się tępo patrzeć w przestrzeń i ludzie zmieniają się w bezmózgie stwory brr. Jednak na 1 raz może być ciekawe: jak przeglądanie katalogu z londyńczykami (tymi z urodzenia a przeważnie tymi z doskoku). Mój pociąg miał opóźnienie, policja biegała po stacji, nikogo to nie wzruszyło ani mnie.
Double-decker sto razy fajniejszy. Najlepiej oczywiście na drugim piętrze tuż nad kierowcą. Dreszczyk za każdym razem, gdy autobus ociera się o drzewo lub znak ihihi.
Okazało się, że jest Dzień Św.Patryka ale szczęśliwie nikt mi nie zarzygał autobusu. Widziałam ledwo 2 postaci w głupkowatych czapkach i to całkiem trzeźwe.

czwartek, 17 marca 2011

stołówka "savoy"


Free food cd.
Postanowiłam popracować trochę w mojej zapasowej pracy, żeby natrzaskać jeszcze trochę hajsu przed wyjazdem, oraz z powodów sentymentalnych oraz z powodu savojowej kantyny sasa
Moja zapasowa praca to kelnering przy eventach; zero tipów ale też zero stresu. Praca przez 3h a reszta to ploty przy tzw. poliszowaniu glasów. Współkelnerzy (czy raczej hospitality assistants) to zbieranina rozbitków ze wszystkich miejsc na ziemi, co mnie zawsze dziwi, jak ludzie z raju przyjeżdżają do UK..
Wracając do free food: Savoy to znana marka, wyje*any hotel przy Strandzie; dbają o swoich pracowników. Clue tego posta, czyli kantyna, to jeden z najlepszych przykładów.
Ja przyjechałam za wcześnie, więc wbiłam do kantyny na kawę i ciastko. W efekcie wypiłam cappucino z dodatkowym espresso i latte i wsunęłam kawał tortu piankowego w kolorze zielonym i lody z polewą czekoladową. Czytałam Tiziano Tereziani "Powiedział mi wróżbita" - w ramach rozkmin o Azji, i było mi bardzo bardzo miło.
Potem popracowałam leniwie, z powodu przejedzenia, 2h i trzeba było iść na przerwę lunchową.
Na lunch serwują zwykle wybór przystawek, sałatek, zup, 3 dania główne, 3 desery, owoce i napoje i co dusza zapragnie.
Ja nałożyłam sobie świeże warzywa, rukolę i suszone morele, do tego zapiekankę ze słodkich ziemniaków i śmieszne coś z łososia, w kształcie kulistym. Następnym razem (zaraz, bo dziś też jadę a piszę z opóźnieniem jednodniowym) bardziej się postaram i zapamiętam nazwy tego, co jem.
Na deser ekhm spróbowałam pozostałych dwóch tortów: miętowo-czekoladowego i karmelowo-fistaszkowego. I od tej pory nie mogłam się ruszać a najgorsze dopiero miało nadejść..
Otóż eventem wieczoru była impreza Rolce Royce'a co sobie panie panowie zamiast standardowej obsługi zażyczyli wypaśne bufety. Wszystko oczywiście zostało w ilościach niedoprzejedzenia przez liczny staff. Z żalem patrzyłam na to całe jedzonko, co się mu przyjdzie zmarnować, ale wmusiłam w siebie tylko plasterek szynki parmeńskiej na zasadzie cieniutkiego płatka mięty.
Potem czekał mnie powrót rowerem do domu, o tyle emocjonujący, że wiozłam brzuch swój dziesięciokrotnie zwiększony oraz nie jechałam jeszcze tą trasą bardzo centralną, bo przez Trafalgar Sq i inne Piccadilly Cyrki. Efekt był taki, że przedarłam się dumna przez Strand, ginąc i zmartwychwstając, co autobus i ciężarówkę, prześlizgnęłam się przez transport borówek amerykańskich, co się komuś wydupcył z paki, rozjechałam wycieczkę Chińczyków by wylądować przedziwnym trafem w tym samym miejscu, z którego ruszyłam - i wszystko od nowa.
Potem moja trasa prowadziła cały czas prosto i trafiłam w jakieś zakazane dzielnice. Mijałam regularne blokowicha, baraki jakieś więzienne by trafić tadam na Camden Town. A stąd już prosto do domu, szkoda że pod najstromszą górę.

Droga "tam" była równie malownicza. Wprawdzie się tyle nie gubiłam, ale przejechałam przez 4 parki: Regents, Hyde, Green i St.James'. I odebrałam swoją wietnamską wizę!

poniedziałek, 14 marca 2011

passing clouds

Chciałam pojechać do chmur wcześniej niż zwykle by gotować też a nie tylko zjadać. Ja miałam obsuwe i oni mieli obsuwe więc choć nie przyjechałam wcześniej to gotowałam.
Jako newcomer dostałam do robienia ziemniaki (sic!). Obróbkę ziemniaków dzieliłam z jedną ociupinkę szaloną Francuzką, która przy okazji opowiedziała mi o toksynach drzemiących w centralnej części ząbka czosnku (które wydłubywała),o magicznych właściwościach surowych ziemniaków (które zjadała) i wody spod ziemniaków (którą piła), o tym jak sód ze soli zajmuje krzesełka potasowi w komórkach (ja chciałam nasze ziemniaki posolić, ona nie pozwalała, to ja chciałam ukradkiem, to ona schowała sól) etc. Miały być gnocchi z naszych ziemniaków, powstało patatas bravas (ziemniaki w kostke wymieszane z sosem bardzo pomidorowym, czosnkowym i chilli za to niesłonym).
Dostąpiłam zaszczytu pisania menu, więc wyjątkowo wiedziałam, co jemy. Ale pamięć mam krótką, więc nie wszystko wymienię. Były patatas bravas, leaky lasagne, różne pasty z warzywkami, warzywka w innych formach, sałatki, pineapple chutney, homemade houmous, passionfruit profiteroles (czyli generalnie wypas jak na bieda kuchnie ale nawet nie spróbowałam bo wygląda to ptysiowo, fuj) oraz panie panowie ciasto czekoladowo-guinessowe, pycha.
Ci co gotowali wsuwali w pierwszej kolejności a potem to już niewiele zostało sysy

To wczoraj, a dziś ugotowałam swoją standardową bieda-zupkę na bazie mung daalu, co go nie mogę skończyć:
Mung daal gotuję ze solą. Wszystko na oko, czas na oko - tyle mniej więcej co się resztę przyrządza. Smażę pokrojone w plastry marchewki i pietruszki. Dodaję cukinię i cebulę (co krótszego wymagają smażenia). Jak będzie wszystko miękkie i fajne to dodaję pomidory z puszki, pastę tajską bez przesady (1 łyżka wystarczy) i wszystko razem jeszcze trzymam na ogniu a potem wrzucam do fasolki. I potem zdaje się trzeba zagotować i pogotować jeszcze chwilę i już.
To jest taka zupa, co do niej można jakie się ma wrzucać warzywa: ziemniaki, pieczarki, co się ma. Smaczne z mięsnym wkładem. Smaczne posypane pietruszką zieloną.
Można też używać jako sosu do ryżu czy innych zbóż, bo gęste.

Nomm.

niedziela, 13 marca 2011

naleśniki cd

Tym razem płaskie regularne naleśniki "polskie" na zamówienie współlokatorów. W UK jak się robi naleśniki samemu a nie wylewa na patelnie gotowy mix to wielki szacun dla takiego kogoś.
Nauczyłam się robić naleśniki niedawno bo wcześniej jakoś mi nie smakowały. A teraz nie wybrzydzam.
Czasem wychodzą lepiej a innym razem grudowato, nie mam jeszcze swojej sekretnej formuły, robię ciasto bez planu i patrzę, co będzie. Baza to: jajko (mogą być 2 jajka), rozbełtać, mąkę dosypać (2 cups), mleko i wodę dolać (po 1 cup). Jak się ma mikser to fajnie. Potem się patrzy na konsystencje, generalnie powinna wyglądać na za rzadką.
Rozgrzać patelnie i tłuszcz na patelni. W PL smażyło się na smalcu, pamiętam. Tu psikałam oliwą w sprayu (snob) a jak się skończyła to przecieram papierowym ręcznikiem nasączonym olejem.
Smaki:
- cukier i cytryna
- miód i mango
- nutella i banan
- masło orzechowe i miód/ i banan/ i nutella/ wszystkie wymienione
O tak.

wtorek, 8 marca 2011

dzień kobiet i naleśników

Gdy w Polsce goździki to tu naleśniki. Zrobiłam na śniadanie te grube "amerykańskie". Pancakes. Składniki podstawowe: mąka, cukier, proszek do pieczenia i soda, jajko, masło, mleko. No big deal. Proporcje trzeba rozkminić samemu. Ja miałam przepis z netu, pięć gwiazdek, tysiąc osób to lubi a i tak trzeba było modyfikować. Pancakes serwowałam z miodem bo maple syrup to za wysokie teraz progi (gdy się okazało, że paszportu nie zgubiłam tylko zostawiłam w ambasadzie bo takie są zwyczaje: zostawia się i się odbiera już ze wbitą wizą..to odkładam hajs na podróż raczej niż na ekstrawagancje i zachcianki).

A na kolacje ku wielkiemu memu zdziwieniu zaserwowano mi pychotkowy posiłek z winem i w ogóle. W związku z dniem naleśnika no doubt.

poniedziałek, 7 marca 2011

najgorszy dzień świata, słowo

Dziś tzw. day off. W mojej „pracy” dni wolne spadają z nieba niezapowiedziane, nie że weekend. Dzień wolny w praktyce oznacza na śniadanie coś więcej niż w pośpiechu kawa. Tym razem szał pyty: omlet z warzywami.

Podebrałam kurce z dolnej półki w lodówce jajko: białko ubiłam ze szczyptą soli a potem wmieszałam żółtko. W międzyczasie usmażyłam pół cukinii w plasterkach (15p), garść dziecinnego szpinaku (baby spinach; pół kg za Ł1,8 więc taka garstka to może 18p) i potem te warzywa dodałam do jajek i z powrotem na patelnię. Jak zalewam warzywa jajkami to mi nie wychodzi, ale może to ja jakaś trefna jestem. Sól i pieprz. Jak się podsmaży ze spodniej strony to składam na pół i jeszcze z dwóch stron obsmażam taki półksiężycowy omlet. Nikt mnie nie uczył robić omletów i taką sobie wypracowałam metodę. Posypałam jeszcze podkradzioną pietruszką (dostałam pozwolenie podkradać) i kieliszek soku pomidorowego i można jechać na tym pół dnia. Całe danie, nawet bez podkradania, za pół funta.

Że dzień się okazał nie moim dniem (not my day) : między ambasadą tajską a wietnamską, co są oddalone o 5 min spaceru, zgubiłam paszport, a że w międzyczasie zamknęli tę pierwszą to się nie dowiedziałam, czy aby nie został w okienku. Jak nie został to do dupy (pardon le mot) pojadę a nie W Świat. Dodam tylko, że zgubiłam już centralnie wszystkie najważniejsze-rzeczy-co-się-ich-nie-powinno-gubić jakie tylko się dało: kartę kredytową, teczkę ze wszystkimi dokumentami, klucze do mieszkania, kartę NI, przez miesiąc nie miałam dowodu, a teraz paszport. I siebie nie raz. Koniec dygresji i żalów nad własną gapowatością.

Więc w związku z niefartownym poniedziałkiem (i okulary słońcowe zostawiłam na poczcie) zafundowałam sobie specjalne traktowanie: wsunęłam wegetariańskiego samosa w fajoskim indiańskim take-away na Gloucester Road (80p) i kupiłam w charitku „chińczyka” i „węże i drabiny” – 2w1 gry mojego dziecięctwa (Ł1,99; sentymentalne powroty do przeszłości – bezcenne).

Jak wróciłam do domu z miną pt. nie mów do mnie – właśnie zgubiłam paszport, to się okazało, że współlokator wyjadł mi cały zapas niby-sambaru, co ja myślałam, że starczy na długo i jedyne co zostało poza warzywkami (nie umiem się najadać samymi warzywkami, trzeba to jeszcze przepracować) to puszka tuńczyka. And guess what: żaden otwieracz do puszek nie działał. Zawołałam do pomocy wszystkich mężczyzn w domu (13 do 15) i wyszłam. Jak wróciłam puszka była otwarta.

Treat z tuną: garść dziecko-szpinak, pół puszki tuńczyka (dla mnie istnieje tylko ten w kawałkach, w oleistej mazi, mniam), garść kiełków fasolki jakiejś (60p za pokaźną opakowkę, mało pi za garść), biedny pomidorek (10p), kawałek ogórka, oliwa, sól, pieprz (nic nie ukradłam).

Frustracje zechciałam rozjeździć rowerem – sprawdzony patent, gdyż myśli wszystkie trzeba skupić na ruchu ulicznym, bo inaczej mia zga. Zmyśliłam pretekts hihi pretekst – Woodgreen Shopping Centre. Do samego zakupowego centrum nie weszłam ale w okolicy są warzywne stragany i kupiłam miskę jabłek (tu się kupuje na miski; miska za funta) i dostałam cytrynę w prezencie; nie potrzebowałam dwunastu i panmiły mi dał jedną. Oraz kupiłam jelly beans (50p), jak harypoteroskie fasolki wszystkich smaków, hell yeah!