poniedziałek, 26 września 2011
jak zimzi nauczyła mnie robić killy willies
Killy willies robi się z plantanów (?) bardzo prosto a mianowicie obtacza się je w czili i smaży głęboko w oleju. tak się je je na jamajce zdaje się a inaczej można jeszcze smażyć w soli lub po prostu.
sobota, 3 września 2011
nowypost. wspomnienia wakacyjne cd
Więc jak się pakowałam na mazur wpadła mi w łapkę książeczka "Ojca Grande przepisy na zdrowe życie". Wrzuciłam w plecak bo chcę żyć zdrowo. No i chichot był wielki z tych rad. Było o kobietach, co nie potrafią męża utrzymać w domu, bo nie umią gotować i potem się społeczeństwo rozpija; o młodzieży co traci witaminy bo uprawia seks i potem nie rośnie; o młodych kobietach, co się nie czeszą i łażą rozczochrane (w latach 90tych wydano tę książkę a Ojciec Grande - przedwojenny). W sumie to mi się nie chce opowiadać.
Morał tej opowieści taki, że należy jeść kaszę gryczaną i pić kefir a na cerę najlepsza czarna rzepa.
Rzepowy detox.
Morał tej opowieści taki, że należy jeść kaszę gryczaną i pić kefir a na cerę najlepsza czarna rzepa.
Rzepowy detox.
starypost aka jak lato jak jesień
W uk sezonowych warzyw nie ma - wszystkie przylatują samolotem niezależnie od pory roku - a w pl są, znaczy się jest: cukinia. Cukinia jest fajna owszem, jadam. Abstrahując od cukinii to zrobiłam zupę dyniową, dwa razy i już mam wprawę, mogę nauczać.
Potrzeba kilo dynii (kilo brutto), cebulę, czosnek, bulion, przyprawy - z tego będzie zupa basic. Cebulę i czosnek się smaży na czymbądź, do tego dorzuca się pokrojoną w kostkę (wcześniej obraną etc) dynię i się podsmaża kilka min a potem zalewa bulionem powiedzmy pół litra (żeby zakryło warzywa). Tu uwaga: wiadomo, że nikomu się nie chce robić proper bulionowego wywaru a kostka rosołowa to rzecz bardzo podejrzana. Trzeba się odnieść do własnego sumienia. Mam podejrzenie, że woda i dużo przypraw załatwi sprawę choć ja na wszelki wypadek dodałam "warzywko" czy coś. Przyprawy to takie pasują: sól, pieprz, imbir, kardamon, curry. Sól czosnkowa jest wstrętna i śmierdzi, nie polecam.
Jak dynia będzie miękka (po ok.15min w zależności od wielkości) to zmiksować. Pewno trzeba będzie na raty. Powinno się wcześniej przestudzić - ja nie studzę, nie widzę powodu..
Now, the fun part: dodatkiem do zupy-kremu, bo jest cokolwiek jednowymiarowa, może być co podpowie fantazja. Ja dodawałam bryndzę, fetę, kawałki boczku w wersji: skawrki i w każdej wersji moc natki pietruszki, de li szyz. Tenkju.
Potrzeba kilo dynii (kilo brutto), cebulę, czosnek, bulion, przyprawy - z tego będzie zupa basic. Cebulę i czosnek się smaży na czymbądź, do tego dorzuca się pokrojoną w kostkę (wcześniej obraną etc) dynię i się podsmaża kilka min a potem zalewa bulionem powiedzmy pół litra (żeby zakryło warzywa). Tu uwaga: wiadomo, że nikomu się nie chce robić proper bulionowego wywaru a kostka rosołowa to rzecz bardzo podejrzana. Trzeba się odnieść do własnego sumienia. Mam podejrzenie, że woda i dużo przypraw załatwi sprawę choć ja na wszelki wypadek dodałam "warzywko" czy coś. Przyprawy to takie pasują: sól, pieprz, imbir, kardamon, curry. Sól czosnkowa jest wstrętna i śmierdzi, nie polecam.
Jak dynia będzie miękka (po ok.15min w zależności od wielkości) to zmiksować. Pewno trzeba będzie na raty. Powinno się wcześniej przestudzić - ja nie studzę, nie widzę powodu..
Now, the fun part: dodatkiem do zupy-kremu, bo jest cokolwiek jednowymiarowa, może być co podpowie fantazja. Ja dodawałam bryndzę, fetę, kawałki boczku w wersji: skawrki i w każdej wersji moc natki pietruszki, de li szyz. Tenkju.
piątek, 26 sierpnia 2011
krótko
Tu miał być przepis na zupę dyniową ale zerwała się spektakularna burza i zabrakło internetu by go zamieścić. Zapisałam w notatniku, wkleję jak wrócę, bo teraz jestem na mazuru, z kompa po drugiej stronie polski piszę
Swą drogą je się tu: pierogi z mięsem i kapustą, racuchy z jabłkami, pieczeń z dzika w sosie z leśnych grzybków :} jest normalnie sentymentalna kulinarna wycieczka a wszystko jakby mimochodem, tylko ja się jaram a i to cichutko. a te pierogi racuchy dziki to wszystko ręką znajomą i z okolicznego lasu sadu biedronki. truskul.
Swą drogą je się tu: pierogi z mięsem i kapustą, racuchy z jabłkami, pieczeń z dzika w sosie z leśnych grzybków :} jest normalnie sentymentalna kulinarna wycieczka a wszystko jakby mimochodem, tylko ja się jaram a i to cichutko. a te pierogi racuchy dziki to wszystko ręką znajomą i z okolicznego lasu sadu biedronki. truskul.
środa, 10 sierpnia 2011
odkrycie
Zaczęło się standardowo od sentymentu: herbatę zrobiłam z mlekiem, jak to się w uk pijało (na squocie w pintowych szklanicach) a że herbata pod mleko potrzebuje mocy, by nie przepadł smak herbaty w tej mleczności to zostawiłam torebkę w kubku, myśląc: widziałam na reklamie, jak z kubków zwisały te z torebek kwadraciki na sznurkach (czy jest słowo jedno na te herbaciane etykietki?), znaczy że jest społeczne przyzwolenie.. I co się okazało: że herbata ścieka po tym sznurku, po tym tekturowym kwadraciku i odciskają się herbaciane okręgi, na czymkolwiek się nie postawiło, np na "Diunie" F.Herberta (wiem, barbarzyństwo stawiać kubek na książkę). Telewizja kłamie.
poniedziałek, 8 sierpnia 2011
wakacje w polsce a arborianie
aach sentymentalne wycieczki tam, skąd się umknęło. patrzę: tak samo. tylko balon po drugiej stronie rzeki a oszpecony chu*owym napisem. i jednak obco trochę. czyżbym się wykorzeniła?
dość wątpliwych wzruszeń, pora gotować.
przemyciłam w podręcznym bagażu, oprócz pesto, o którym już była mowa, anarchistyczne publikacje z uk a konkretniej kupioną w freedom books książkę kucharską pt. ekhm "Soy, not oi" (i know..). Nic tam nie widzę ciekawego na razie poza przepisem na szampon..
więc zatem zrobiłam przepis sprawdzony czyli grzybowe risotto, co się je przyrządza tak (uwaga, wersja bardzo nieortodoksyjna):
patelnia rozgrzej oliwę wrzuć cebulę czosnek podsmaż i pieczarki podduś chwilę nie ma znaczenia ile dorzuć ryż zamieszaj smaż razem i podlej winem/bulionem/wodą albo jak ja: piwem. jak wsiąknie woda wlewasz więcej aż się ugotuje ryż. dosyp przyprawy sól pieprz coś od siebie. mój patent: jeśli ryż nie był specjalny czyli risotto albo arborio rice to dosyp łyżkę mąki przecież to skrobia a o to nam chodzi, żeby się posklejało nie ma co wydawać 9-11 zł na specjalny ryż, raczej. wmieszać można co się lubi do tego, my (!) wmieszaliśmy tuńczyk oliwki i natkę pietruszki. o tak.
dość wątpliwych wzruszeń, pora gotować.
przemyciłam w podręcznym bagażu, oprócz pesto, o którym już była mowa, anarchistyczne publikacje z uk a konkretniej kupioną w freedom books książkę kucharską pt. ekhm "Soy, not oi" (i know..). Nic tam nie widzę ciekawego na razie poza przepisem na szampon..
więc zatem zrobiłam przepis sprawdzony czyli grzybowe risotto, co się je przyrządza tak (uwaga, wersja bardzo nieortodoksyjna):
patelnia rozgrzej oliwę wrzuć cebulę czosnek podsmaż i pieczarki podduś chwilę nie ma znaczenia ile dorzuć ryż zamieszaj smaż razem i podlej winem/bulionem/wodą albo jak ja: piwem. jak wsiąknie woda wlewasz więcej aż się ugotuje ryż. dosyp przyprawy sól pieprz coś od siebie. mój patent: jeśli ryż nie był specjalny czyli risotto albo arborio rice to dosyp łyżkę mąki przecież to skrobia a o to nam chodzi, żeby się posklejało nie ma co wydawać 9-11 zł na specjalny ryż, raczej. wmieszać można co się lubi do tego, my (!) wmieszaliśmy tuńczyk oliwki i natkę pietruszki. o tak.
piątek, 29 lipca 2011
joag
A w kryzysowym centrum dają jogę, teraz na wakacyjnych warsztatach a normalnie to co niedziela o 13:30. Można tam spotkać śliczne wytatuowane dziewczęta oraz rozciągnąć duszę.
nic o arborianach
Dziś w związku z bezsennością byłam już na nogach o 8 rano i świetnie się składa bo rano rozdają za nic warzywa i owoce na new covent garden market. Trzeba się tylko przejechać rowerem, ode mnie niedaleko - uroki życia po tej drugiej stronie rzeki, przejść między halami po stronie zewnętrznej, odwrotnej niż kupujący, i zajrzeć do kontenerów z napisem organic waste w kolorze granatowym lub zielonym.
Fajowe rzeczy wynalazłam: seler naciowy, fenkuł, fasolkę szparagową, papryki, pomidory, torebkę obranych ziemniaków hyhy, szpinak, bazylii od zaje*ania, marchewki, awokado, jabłka, mango, brzoskwinie, ananasy i cudaczne owoce, co nigdy takich na oczy nie widziałam, chyba że to wczesne dragon fruits bo żółte a nie jaskrawo-różowe; w środku się zgadza.
Jedyny zgrzyt z takiej obfitości, że trzeba to wszystko prędziutko oprawić bo skłonne do psucia.
Także w dzisiejszym meniu znalazły się: muesli z egzotycznymi owocami na śniadanie; pieczone ziemniaki i fenkuły z ziołami + szpinak smażony z czosnkiem i cebula + jajko sadzone :) na obiad; pieczone jabłka z rodzynkami na deser. W międzyczasie powstawało pesto z całej tej bazylii.
Tu miała być opowieść o powstaniu pesto ale jakoś straciłam zapał. Niechybnie z przejedzenia. Long story short: jak się ma tzw. food processor (cokolwiek się za tym kryje, bo jak mniemam opcji jest kilka) to jest z górki; a jak nie - to się ma problem. Ja na przykład poznałam sąsiadów i dowiedziałam się, że oni też nie mają (pewno wsuwają gotowe dania z icelandu, leniuchy ;>), i w końcu posiłkowałam się tłuczkiem, tarką i sokowirówką :| Ale efekt to 2 poważne słoiki z pesto, fcuk yeah.
Na swoją kolej czekają teraz awokado, z których powstanie guacamole, o tak.
Fajowe rzeczy wynalazłam: seler naciowy, fenkuł, fasolkę szparagową, papryki, pomidory, torebkę obranych ziemniaków hyhy, szpinak, bazylii od zaje*ania, marchewki, awokado, jabłka, mango, brzoskwinie, ananasy i cudaczne owoce, co nigdy takich na oczy nie widziałam, chyba że to wczesne dragon fruits bo żółte a nie jaskrawo-różowe; w środku się zgadza.
Jedyny zgrzyt z takiej obfitości, że trzeba to wszystko prędziutko oprawić bo skłonne do psucia.
Także w dzisiejszym meniu znalazły się: muesli z egzotycznymi owocami na śniadanie; pieczone ziemniaki i fenkuły z ziołami + szpinak smażony z czosnkiem i cebula + jajko sadzone :) na obiad; pieczone jabłka z rodzynkami na deser. W międzyczasie powstawało pesto z całej tej bazylii.
Tu miała być opowieść o powstaniu pesto ale jakoś straciłam zapał. Niechybnie z przejedzenia. Long story short: jak się ma tzw. food processor (cokolwiek się za tym kryje, bo jak mniemam opcji jest kilka) to jest z górki; a jak nie - to się ma problem. Ja na przykład poznałam sąsiadów i dowiedziałam się, że oni też nie mają (pewno wsuwają gotowe dania z icelandu, leniuchy ;>), i w końcu posiłkowałam się tłuczkiem, tarką i sokowirówką :| Ale efekt to 2 poważne słoiki z pesto, fcuk yeah.
Na swoją kolej czekają teraz awokado, z których powstanie guacamole, o tak.
wtorek, 26 lipca 2011
mkey
Nic się nie pisało i już miałam poje*ać tego bloga, jak kilka poprzednich (..) ale niech mi służy terapeutycznie, nich mam coś motywującego oraz troszkę niby kreatywnego hyhy Mogę sobie na to pozwolić tym spokojniej, że nikt a nikt tu nie zagląda. Tylko ja czasem a i to rzadko. Taka schizofrenia.
A propos chorób psychicznych to udało mi się zupełnie niechcący nabawić paranoi i to w dodatku w momencie, gdy dręczyła mnie depresja. Yay. Dlatego wycięło mnie na ponad miesiąc. Ale potem przyszły posiłki z Ojczyzny, trochę się ogarnęłam and here I am. Co robić, jak cię złapie paranoja, poradził mi ziom: myśl o czymś innym. Proste.
Z kulinarnych nowinek: zaliczyłam swojego pierwszego skipa! Tacki pełne sushi z Wasabi :} Hell yeah! Zbiera się je nocą z niebieskich worków pod rzeczoną sieciówką. Najpierw ważysz w rękach worki: w cięższych jest jedzenie a w lekkich śmieci. A potem wybrzydzasz: tego nie chce, to mogę wziąć. Następnego dnia zrobiłam industrialny sushi piknik tj. kocyk na betonie (amfiteatr The Scoop, gdzie do kotleta przygrywała pani w ramach More Free London czy jakoś tak; potem dach One New Change z widokiem na St.Paul's) a w koszyczku sushi. New age fun with a vintage feel.
Passing Clouds ma się dobrze choć coraz kameralniej się robi w wakacje. Pani francuska reżyserka kręciła o nas (nich będzie, że się utożsamiam) film i zrobiła przy okazji smakowite ratatuj. Ja potem pozazdrościłam i też spróbowałam i okazuje się, że ratatuj to nic innego, jak leczo, o, i robi się je tak: kroi się cebulę, paprykę, cukinię, bakłażan można też, i pomidory. W tej też kolejności się smaży: jak jedno zmięknie to można dodać kolejne, a pomidory na końcu, bo najmniej wymagają duszenia. Sól, pieprz i gotowe.
I jeszcze z Haggerston Park przyszły mirabelki, co mnie diablo linkują z dzieciństwem na Mazurach, więc wzięłam i zrobiłam ciasto. Też łatwo:
Kruche ciasto zrobić z jakiegoś sprawdzonego przepisu lub z neta ;) Im prostszy przepis tym lepiej, bo nic tam nie rośnie i w ogóle nie ma to większego znaczenia. Podpiec samo a potem poukładać wypestkowane śliweczki i posypać cukrem, bo kwaśne. W wersji ekstrawaganckiej: ubić pianę z białek, wmieszać w nią różowy kisiel i taką śmieszną różową pianą pokryć wszystko. I znów zapiec. Można też kruszonką posypać z tego samego kruchego ciasta. W ogóle wszystko wolno.
W następnym odcinku: grzybowe risotto czyli skąd pochodzą arborianie!
A propos chorób psychicznych to udało mi się zupełnie niechcący nabawić paranoi i to w dodatku w momencie, gdy dręczyła mnie depresja. Yay. Dlatego wycięło mnie na ponad miesiąc. Ale potem przyszły posiłki z Ojczyzny, trochę się ogarnęłam and here I am. Co robić, jak cię złapie paranoja, poradził mi ziom: myśl o czymś innym. Proste.
Z kulinarnych nowinek: zaliczyłam swojego pierwszego skipa! Tacki pełne sushi z Wasabi :} Hell yeah! Zbiera się je nocą z niebieskich worków pod rzeczoną sieciówką. Najpierw ważysz w rękach worki: w cięższych jest jedzenie a w lekkich śmieci. A potem wybrzydzasz: tego nie chce, to mogę wziąć. Następnego dnia zrobiłam industrialny sushi piknik tj. kocyk na betonie (amfiteatr The Scoop, gdzie do kotleta przygrywała pani w ramach More Free London czy jakoś tak; potem dach One New Change z widokiem na St.Paul's) a w koszyczku sushi. New age fun with a vintage feel.
Passing Clouds ma się dobrze choć coraz kameralniej się robi w wakacje. Pani francuska reżyserka kręciła o nas (nich będzie, że się utożsamiam) film i zrobiła przy okazji smakowite ratatuj. Ja potem pozazdrościłam i też spróbowałam i okazuje się, że ratatuj to nic innego, jak leczo, o, i robi się je tak: kroi się cebulę, paprykę, cukinię, bakłażan można też, i pomidory. W tej też kolejności się smaży: jak jedno zmięknie to można dodać kolejne, a pomidory na końcu, bo najmniej wymagają duszenia. Sól, pieprz i gotowe.
I jeszcze z Haggerston Park przyszły mirabelki, co mnie diablo linkują z dzieciństwem na Mazurach, więc wzięłam i zrobiłam ciasto. Też łatwo:
Kruche ciasto zrobić z jakiegoś sprawdzonego przepisu lub z neta ;) Im prostszy przepis tym lepiej, bo nic tam nie rośnie i w ogóle nie ma to większego znaczenia. Podpiec samo a potem poukładać wypestkowane śliweczki i posypać cukrem, bo kwaśne. W wersji ekstrawaganckiej: ubić pianę z białek, wmieszać w nią różowy kisiel i taką śmieszną różową pianą pokryć wszystko. I znów zapiec. Można też kruszonką posypać z tego samego kruchego ciasta. W ogóle wszystko wolno.
W następnym odcinku: grzybowe risotto czyli skąd pochodzą arborianie!
piątek, 17 czerwca 2011
kryszna cuisine
Stołuję się już raczej regularnie pod LSE ale Pan Krysznowiec, co rowerem z przyczepka przywozi jedzenie pełne boskiego światła, powiedział, że ma lepsze rzeczy do roboty w wakacje i teraz będę musiała jeździć kawałek dalej, pod SOAS.
Jedyny problem polega na tym by wstać przed 12 by się załapać na lunch time. Ale porcje maja od serca (prosta sprawa) i wystarczają mi na 2 dni, więc tylko co drugi dzień trzeba wcześnie wstawać hyhy
Na harekrysznowej stronce Matchless Gifts można sobie obczaić, gdzie i kiedy rozdają jedzenie oraz po co żyć etc
Jedyny problem polega na tym by wstać przed 12 by się załapać na lunch time. Ale porcje maja od serca (prosta sprawa) i wystarczają mi na 2 dni, więc tylko co drugi dzień trzeba wcześnie wstawać hyhy
Na harekrysznowej stronce Matchless Gifts można sobie obczaić, gdzie i kiedy rozdają jedzenie oraz po co żyć etc
kapitalny Car But
Zaniosło mnie ostatnio kilkukrotnie w stronę Chelsea. Fajnie. Power Station. Capital Car Boot Sale przy Wilczej Ulicy - Lupus Street, na Pimlico. Duży luźny sejl na szkolnym zdaje się podwórku. Dzieje się w niedzielę od 12:30 więc mniejsze jest ryzyko zaspania i nie dojechania tam nigdy. Ja przyszłam po 13h, polubiłam wcześniej na fejsbuku i dzięki temu weszłam za free (normalnie Ł5 wjazd). Że końcówka i że deszcz siąpił to kupowanie odbywało się w tempie przyspieszonym i za bezcen. Łaszki za 50p schodziły. Wzięłam tyle, co upchnęłam w torebce i 3 groźne przypinki: z lwem, z lwem i z maska zapaśnika.
Innym razem pojechałam do Chelsea się ostrzyc w ramach: Free Funky Haircut. Pani Fryzjerka miała jeszcze do wystrzyżenia 8 z 40 kreatywnych fryzur, więc byłyśmy sobie nawzajem potrzebne. Miało być tylko krócej, bo moja dotychczasowa fryzura, wycinana m.in w Bkk i własnoręcznie, była wystarczająco ekhm funky ale przyszedł Pan Dyrektor Kreatywny i zamieszał; tu wygolił, tam zakręcił i wracałam do domu w kapturze. Ale jak zmyłam cały ten lakier to było spoko i jest do tej pory, hej.
Więcej free haircuts na gumtree freebies prawie cały czas.
Ale żeby nie było tak cukierkowo miło to jakiś skrwsn beemixiarz (ewentualnie kamyczek) zrobił mi dziurę w dętce i mój człowiek musiał aż z Polski przylecieć z łyżką i mi załatać tę szkodę i 1,5 dnia nie wychodziłam z domu, bo zapomniałam, jak się przemieszczać inaczej niż rowerem.
Innym razem pojechałam do Chelsea się ostrzyc w ramach: Free Funky Haircut. Pani Fryzjerka miała jeszcze do wystrzyżenia 8 z 40 kreatywnych fryzur, więc byłyśmy sobie nawzajem potrzebne. Miało być tylko krócej, bo moja dotychczasowa fryzura, wycinana m.in w Bkk i własnoręcznie, była wystarczająco ekhm funky ale przyszedł Pan Dyrektor Kreatywny i zamieszał; tu wygolił, tam zakręcił i wracałam do domu w kapturze. Ale jak zmyłam cały ten lakier to było spoko i jest do tej pory, hej.
Więcej free haircuts na gumtree freebies prawie cały czas.
Ale żeby nie było tak cukierkowo miło to jakiś skrwsn beemixiarz (ewentualnie kamyczek) zrobił mi dziurę w dętce i mój człowiek musiał aż z Polski przylecieć z łyżką i mi załatać tę szkodę i 1,5 dnia nie wychodziłam z domu, bo zapomniałam, jak się przemieszczać inaczej niż rowerem.
sobota, 4 czerwca 2011
sejle i czarity
Kolejna najlepsza rzecz po free food to free stuff. Patrz: gumtree freebies np. A zaraz potem jest cheap stuff.
Najlepsze charity zostawiłam na północy (Kingsland Rd) i teraz muszę od nowa badać okolicę w poszukiwaniu great bargains. Na Walworth Rd, bliżej numeru 400 są 3: Salvation Army, Trinity Hospice i Help for the Blind. Ten dla niewidomych jest najsłabszy tj. najdroższy i zatrudniający panie z uroczym rosyjskim akcentem o wrażliwości ee wschodnioeuropejskiej właśnie. Ale kupiłam tam 2 czapki za 50p i 2 kieliszki za tyleż. Czapki miały kosztować po funcie no ale bez przesady. A kieliszek 3 z kompletu też był wyceniony na funta, w czym pani z Rosji nie widziała żadnej niekonsekwencji, toteż go nie kupiłam, wystarczą mi 2.
W Salvation Army nie ma przymierzalni dzięki czemu można kupić i się rozmyślić i oddać, co jest nieocenione dla takich, co w domu nie mogą sobie przypomnieć na ch*j naznosili tych śmieci.
Ostatnio z wyprawy na Walworth przywlokłam poza wymienionymi czapkami-kieliszkami, kubek; trzepaczkę; jaskrawo-zielony (żółty?) tank-top (?); spodnie, co się nazywają chyba teraz haremowymi, ale nie dokładnie takie, moje są fajniejsze.
Poza charity shops można śmieci naznosić do domu z przeróżnych car boot/boot/jamble sales. Najlepsze mam wrażenie są w Croydon ale trzeba mięc więcej niż 1 dobry powód by się wybrać do 6 strefy, seriously!
Ja na razie odwiedziłam Deptford Market, co miały tam być rzeczy po ekhm umarlakach, ale to chyba w jakiś inny niż byłam dzień, oraz (przed chwilą) Comber Car Boot Sale, co jest na wielokrotnie już tu wspominanej Walworth Rd. W sensie na Comber Grove, które jest od niej niezadaleko. Spóźniłam się i już się wszyscy zbierali więc nie jestem w stanie ocenić fajnie/niefajnie. Trochę mnie rozczarowują jak do tej pory te sejle (poza croydonowymi legendarnymi ech).
W planie mam jeszcze zajrzeć na Battersea i Capital Car Boot ale to w niedzielę.
Na Brick Lane jest też market ale to taka ściemka dla turystów i cool kids. Btw byłam tam wczoraj, choć nie przepadam, czas miło spędziłam na wystawie najpierw w Trumanie, na wiadukcie kolejowym potem z Ludźmi z Północy, których tak rzadko widuję, wino pijąc i jedząc żelki. Pijaniusieńka wróciłam rowerem do domu jak po sznurku i zasnęłam na lapie sprawiając, że się pulpit obrócił do góry nogami i trzeba się było gimnastykować..
Najlepsze charity zostawiłam na północy (Kingsland Rd) i teraz muszę od nowa badać okolicę w poszukiwaniu great bargains. Na Walworth Rd, bliżej numeru 400 są 3: Salvation Army, Trinity Hospice i Help for the Blind. Ten dla niewidomych jest najsłabszy tj. najdroższy i zatrudniający panie z uroczym rosyjskim akcentem o wrażliwości ee wschodnioeuropejskiej właśnie. Ale kupiłam tam 2 czapki za 50p i 2 kieliszki za tyleż. Czapki miały kosztować po funcie no ale bez przesady. A kieliszek 3 z kompletu też był wyceniony na funta, w czym pani z Rosji nie widziała żadnej niekonsekwencji, toteż go nie kupiłam, wystarczą mi 2.
W Salvation Army nie ma przymierzalni dzięki czemu można kupić i się rozmyślić i oddać, co jest nieocenione dla takich, co w domu nie mogą sobie przypomnieć na ch*j naznosili tych śmieci.
Ostatnio z wyprawy na Walworth przywlokłam poza wymienionymi czapkami-kieliszkami, kubek; trzepaczkę; jaskrawo-zielony (żółty?) tank-top (?); spodnie, co się nazywają chyba teraz haremowymi, ale nie dokładnie takie, moje są fajniejsze.
Poza charity shops można śmieci naznosić do domu z przeróżnych car boot/boot/jamble sales. Najlepsze mam wrażenie są w Croydon ale trzeba mięc więcej niż 1 dobry powód by się wybrać do 6 strefy, seriously!
Ja na razie odwiedziłam Deptford Market, co miały tam być rzeczy po ekhm umarlakach, ale to chyba w jakiś inny niż byłam dzień, oraz (przed chwilą) Comber Car Boot Sale, co jest na wielokrotnie już tu wspominanej Walworth Rd. W sensie na Comber Grove, które jest od niej niezadaleko. Spóźniłam się i już się wszyscy zbierali więc nie jestem w stanie ocenić fajnie/niefajnie. Trochę mnie rozczarowują jak do tej pory te sejle (poza croydonowymi legendarnymi ech).
W planie mam jeszcze zajrzeć na Battersea i Capital Car Boot ale to w niedzielę.
Na Brick Lane jest też market ale to taka ściemka dla turystów i cool kids. Btw byłam tam wczoraj, choć nie przepadam, czas miło spędziłam na wystawie najpierw w Trumanie, na wiadukcie kolejowym potem z Ludźmi z Północy, których tak rzadko widuję, wino pijąc i jedząc żelki. Pijaniusieńka wróciłam rowerem do domu jak po sznurku i zasnęłam na lapie sprawiając, że się pulpit obrócił do góry nogami i trzeba się było gimnastykować..
piątek, 3 czerwca 2011
smuteczki
Jestem chora i się słaniam na rowerze :( ale dojechałam pod LSE na harekrysznowy posiłek naładowany boską energią bo to niedaleko no i bo boska energia. Składały się na niego: ryż, fasolki jakieś z warzywami, kiełki, ciasto takie marchewkowe może, mandarynka no i boska energia. Bez smaku ale za to z innymi walorami (free, boska itd).
A potem zjadłam wafelek, też za free bo od wspóllokatora. A teraz mi smutno, bo jestem chora, i czekam na pranie i czytam Dukaja, co przyleciał z Polski tylko po to chyba, by zamącić mi w głowie.
A potem zjadłam wafelek, też za free bo od wspóllokatora. A teraz mi smutno, bo jestem chora, i czekam na pranie i czytam Dukaja, co przyleciał z Polski tylko po to chyba, by zamącić mi w głowie.
poniedziałek, 30 maja 2011
lazy lazy
Kradzione nie tuczy - pobożne życzenia. Zaokrąglam się systematycznie na mojej free food diet. Szczęśliwie bieganie też jest za darmo.
Z ostatnich darmoszek: 4 opakowki tortillas, co rozdawali przy Deptford Market, jedzenie z drzew - ostatnia inicjatywa pod szyldem Passing Clouds, wypaśny wege-posiłek w P.C + jajka, warzywka i już-nie-pamiętam-co, co zostało po gotowaniu i można sobie było zabrać do domu, obiad w Madame Tussauds, i 3 kolejne lunche z tego, co wyniosłam, obiad w Tower of London. Te ostatnie miejscówki to w ramach zwiedzania Londynu przy okazji pracy (tzn. płacą mi za to a nie odwrotnie).
Co można zjeść z drzewa i gdzie w Hackney: Hackney Harvest.
Z ostatnich darmoszek: 4 opakowki tortillas, co rozdawali przy Deptford Market, jedzenie z drzew - ostatnia inicjatywa pod szyldem Passing Clouds, wypaśny wege-posiłek w P.C + jajka, warzywka i już-nie-pamiętam-co, co zostało po gotowaniu i można sobie było zabrać do domu, obiad w Madame Tussauds, i 3 kolejne lunche z tego, co wyniosłam, obiad w Tower of London. Te ostatnie miejscówki to w ramach zwiedzania Londynu przy okazji pracy (tzn. płacą mi za to a nie odwrotnie).
Co można zjeść z drzewa i gdzie w Hackney: Hackney Harvest.
wtorek, 24 maja 2011
chyba się zakochałam bo nie potrafię spać
..stąd pisanie bloga, kiedy powinnam oglądać filmy pod powiekami.
Miesiąc mnie nie było, bo się bujałam po Azji. Troszkę. Moje katastroficzne wizje się nie sprawdziły, paszport się znalazł, żaden z 5 samolotów nie spadł, trzymanie kciuków podziałało i na komary i na różne złe bakterie. Głowę otworzyłam. Posmakowałam azjatyckiej kuchni. Jadłam owoce, o jakich się nie śniło filozofom.
Fajnie było i się skończyło, bo miesiąc to jest dużo czasu tylko wtedy, gdy się swój wiek liczy w miesiącach albo jak jest nudno i źle. Porozglądałam się i wracam najprędzej jak się ogarnę i wtedy może będę w stanie działać bardziej metodycznie w związku z czym będę wiedzieć, co właściwie jem i będę mogła to opisać. A na razie boli mnie serce, że jestem tu a nie tam, i wewnętrzny lekarz mi zabrania wspominać.
Zanurzyłam się więc od nowa, z głową i butami, w londyńską codzienność. Przeprowadziłam się na Południe, żeby sobie udowodnić, że nie jestem sentymentalna. Mieszkam nad Rzeką i niebieskie Oko mnie przez okno podgląda wieczorami. Na Północ jeżdżę w gości i do Passing Clouds. Reszte mam pod nosem, how convient.
Jestem na bananowej diecie Siddharty Hessego. Z dodatkiem kawy i czekolady.
Zakochałam się w szwedzkiej studentce angielskiej literatury o buzi Geeny "Thelmy" Davies. Rozmawiałyśmy o ulubionych pisarzach; przyszpanowałam znajomością contemporary russian writers i dostałam jej maila hihi tani podryw na wzniosłe idee. Powiedziałam też, że powinna być modelką a nie kelenerką. Musiałam to kiedyś usłyszeć, no chyba że mam naturalną skłonność do banału.
Szykuje się najazd gości (którym chyba będę musiała rozbić hamaki w mojej kurzej klatce) więc może będzie o czym pisać w ramach kulinarnych opowieści, bo na razie to mogę jedynie opowiadać o bananach i sercu niespokojnym od kawy i nadmiaru emocji.
Miesiąc mnie nie było, bo się bujałam po Azji. Troszkę. Moje katastroficzne wizje się nie sprawdziły, paszport się znalazł, żaden z 5 samolotów nie spadł, trzymanie kciuków podziałało i na komary i na różne złe bakterie. Głowę otworzyłam. Posmakowałam azjatyckiej kuchni. Jadłam owoce, o jakich się nie śniło filozofom.
Fajnie było i się skończyło, bo miesiąc to jest dużo czasu tylko wtedy, gdy się swój wiek liczy w miesiącach albo jak jest nudno i źle. Porozglądałam się i wracam najprędzej jak się ogarnę i wtedy może będę w stanie działać bardziej metodycznie w związku z czym będę wiedzieć, co właściwie jem i będę mogła to opisać. A na razie boli mnie serce, że jestem tu a nie tam, i wewnętrzny lekarz mi zabrania wspominać.
Zanurzyłam się więc od nowa, z głową i butami, w londyńską codzienność. Przeprowadziłam się na Południe, żeby sobie udowodnić, że nie jestem sentymentalna. Mieszkam nad Rzeką i niebieskie Oko mnie przez okno podgląda wieczorami. Na Północ jeżdżę w gości i do Passing Clouds. Reszte mam pod nosem, how convient.
Jestem na bananowej diecie Siddharty Hessego. Z dodatkiem kawy i czekolady.
Zakochałam się w szwedzkiej studentce angielskiej literatury o buzi Geeny "Thelmy" Davies. Rozmawiałyśmy o ulubionych pisarzach; przyszpanowałam znajomością contemporary russian writers i dostałam jej maila hihi tani podryw na wzniosłe idee. Powiedziałam też, że powinna być modelką a nie kelenerką. Musiałam to kiedyś usłyszeć, no chyba że mam naturalną skłonność do banału.
Szykuje się najazd gości (którym chyba będę musiała rozbić hamaki w mojej kurzej klatce) więc może będzie o czym pisać w ramach kulinarnych opowieści, bo na razie to mogę jedynie opowiadać o bananach i sercu niespokojnym od kawy i nadmiaru emocji.
sobota, 26 marca 2011
trzy miłości w jednym poście
Sponsorem dzisiejszego odcinka są postaci z kreskówek nazwane od jedzenia: Panini i Flapjack.
Panini (nie) jest dziewczyną Chowdera a w realu bułką z różnymi gadżetami aka kanapką. Panini wpadła w me łapki w ten sposób, że z lenistwa postanowiłam zrobić sobie na kolację kolejną herbatę i wtedy przemiły Włoch, którego imienia nie znam (on moje zna jakoś), a który często przesiaduje w naszym salonie z innymi nieznanymi mi z imienia Włochami oraz z tymi, których znam; więc ten Włoch zapytał: Kasia chcesz panini? I wręczył mi papierową torebkę z różnymi bułkami do wyboru mniam mniam
Flapjack z kolei to tytułowy bohater mojej drugiej ulubionej kreskówki. Flapjacka dziś wcale nie jadłam (chciałabym!) ale jadłam nie tak dawno i nic nie powiedziałam więc się teraz rehabilituję. A jest to takie płaskie ciasto-nie-ciasto, posklejane z płatków owsianych, oraz suszonych owoców. Nie jestem specjalistą – może są różne jeszcze opcje. Pyszne i o milionowej kaloryczności.
Jadłam dziś za to sardynki z puszki,o. Nie mam w zwyczaju ich jadać, za to moja mama tak i można to uznać za tribute. Puszkę kupiłam bo była śliczna a potem się okazało, że sardynki smakowite. Ułożyłam na talerzu garstkę rukoli, pół garstki szpinaku, kilka oliwek a na to sardynki i gotowy mały treat. Do picia sok pomidorowy, amen.
A to było na lunch i zupełnie poplątałam chronologię, bo jakoś mi pisanie nieskładnie dziś idzie, niech mi będzie wybaczone gdyż dzień pełen emocji.
Kupiłam w charitku książkę kucharską ‘Great Value Gourmet. Meals and Menus for Ł1’. Oraz przewodnik ‘Southeast Asia on a Shoestring’. Yay.
poniedziałek, 21 marca 2011
chmury przemijaja po raz trzeci i, na jakis czas, ostatni a Żydzi świętują
Purim. Dla niewtajemniczonych: żydowski karnawał. Miały być osobne posty o Żydach i ich zwyczajach także żywieniowych, jako że mieszkam (jeszcze kilka dni) w dzielnicy żydowskiej, nawet ortodoksyjnie; ale nie będzie, bo nie mam teraz głowy do Żydów.
Polowałam dziś na nich z aparatem, bo poprzebierani chodzili po mieście i widok stanowili przynajmniej ciekawy. Zdjęcia analogowe, więc na update trzeba poczekać (może też się zdarzyć, że będą na świętego nigdy, bo chyba zerwałam film..) ale picture this: Pan przysadzisty, w tradycyjnym stroju (czarny szlafrok, białe skarpety i czarne buty, na głowie futrzana czapa z dziurką, pejsy jasna sprawa) prowadzi gromadkę dzieci swoich (zawsze gromadka) i wszystkie przebrane tak samo np. osiem pastereczek, które można ustawić od najmniejszej do największej ale wszystkie jednakie; albo zastęp małych żołnierzy (sick!). Widziałam też Żydówkę przebraną za Muzułmankę oraz niemowlę przebrane za kupę (co miała być chałką..).
I tak przez Stamford Hill i Stoke Newington dojechałam na Kingsland, do PC, jak co niedziela.
Również zaczęłam od zdjęć, które wciąż w aparacie lub w raju dla nienarodzonych zdjęć.
Tym razem ośmieliłam się głos zabrać a nie tylko tłuc ziemniaki na puree, o. Zaproponowałam jedyne, co się odważam robić przy ludziach, szczególnie nieznajomych hipsterach, czyli brownies - nigdy nie zawodzi, bo to ciasto, co z istoty swej jej porażką, błędem gospodyni, co zapomniała dodać proszek do pieczenia i nie urosło.
Jeśli mowa o preparacjach to, jako że to peoples kitchen, chaos panuje nieziemski. Miksery na ten przykład są przynajmniej 3 ale z porozrzucanych części nie udało mi się złożyć ani jednego. Spróbowałam wobec tego takiego wynalazku jak mikser ręczny ale szczerze to z dupy taki mikser i skończyło się, standardowo, na robieniu ciasta widelcem hihi
Teraz kwestia składników: gotuje się z tego, co akurat jest; to jedzenie za darmoszkę więc nie ma wybrzydzania. Co Pan Tescos rzuci-bierzemy. Pan Tescos dużo akurat podarował pret a manger, że tak powiem i nie mam na myśli popularnej sieci kanapkowej, więc gdyby nawet nic nie wyszło z naszych eksperymentów kulinarnych nikt nie byłby głodny, bo można było podjadać popakowane tortije i kisze. Szczęśliwie znalazło się w darach w bród gorzkiej czekolady, jajka i masło.
Żeby nie przeciągać opowieści o czekoladowym cieście: upiekłam, wyszło najzajebistsze, wszyscy mnie po plecach klepali.
A potem był film, hinduski, bez napisów a ja się delektowałam moim ciastem i nawet się nie zorientowałam i wszystko rozumiałam. Dobre brownies działa jak space cake i stapia ze Światem w jedno, omm.
Przepis na brownies:
Roztopić w kąpieli wodnej 2 tabliczki czekolady i kostkę masła. Rozmieszać widelcem jajka całe w ilości od 4 do 6 (lepiej 6 ale jak się ma tylko 4 to Ziemia się nie zatrzęsie), mieszać dalej dodając cukru 1,5 lub 2 szkl cukru (jak się lubi słodsze) i mąki 3/4 szkl. Dodać rozpuszczoną czekoladę, wylać na foremkę wyłożoną papierem lub wysmarowaną masłem i wysypaną kakao/mąką (tak mi jedna hipsterka podpowiedziała i się udało), piec w 200 st.C przez 20min. Sprawdzić czy się nie trzęsie. W środku może być mokre - wtedy jest jeszcze pyszniejsze.
Polowałam dziś na nich z aparatem, bo poprzebierani chodzili po mieście i widok stanowili przynajmniej ciekawy. Zdjęcia analogowe, więc na update trzeba poczekać (może też się zdarzyć, że będą na świętego nigdy, bo chyba zerwałam film..) ale picture this: Pan przysadzisty, w tradycyjnym stroju (czarny szlafrok, białe skarpety i czarne buty, na głowie futrzana czapa z dziurką, pejsy jasna sprawa) prowadzi gromadkę dzieci swoich (zawsze gromadka) i wszystkie przebrane tak samo np. osiem pastereczek, które można ustawić od najmniejszej do największej ale wszystkie jednakie; albo zastęp małych żołnierzy (sick!). Widziałam też Żydówkę przebraną za Muzułmankę oraz niemowlę przebrane za kupę (co miała być chałką..).
I tak przez Stamford Hill i Stoke Newington dojechałam na Kingsland, do PC, jak co niedziela.
Również zaczęłam od zdjęć, które wciąż w aparacie lub w raju dla nienarodzonych zdjęć.
Tym razem ośmieliłam się głos zabrać a nie tylko tłuc ziemniaki na puree, o. Zaproponowałam jedyne, co się odważam robić przy ludziach, szczególnie nieznajomych hipsterach, czyli brownies - nigdy nie zawodzi, bo to ciasto, co z istoty swej jej porażką, błędem gospodyni, co zapomniała dodać proszek do pieczenia i nie urosło.
Jeśli mowa o preparacjach to, jako że to peoples kitchen, chaos panuje nieziemski. Miksery na ten przykład są przynajmniej 3 ale z porozrzucanych części nie udało mi się złożyć ani jednego. Spróbowałam wobec tego takiego wynalazku jak mikser ręczny ale szczerze to z dupy taki mikser i skończyło się, standardowo, na robieniu ciasta widelcem hihi
Teraz kwestia składników: gotuje się z tego, co akurat jest; to jedzenie za darmoszkę więc nie ma wybrzydzania. Co Pan Tescos rzuci-bierzemy. Pan Tescos dużo akurat podarował pret a manger, że tak powiem i nie mam na myśli popularnej sieci kanapkowej, więc gdyby nawet nic nie wyszło z naszych eksperymentów kulinarnych nikt nie byłby głodny, bo można było podjadać popakowane tortije i kisze. Szczęśliwie znalazło się w darach w bród gorzkiej czekolady, jajka i masło.
Żeby nie przeciągać opowieści o czekoladowym cieście: upiekłam, wyszło najzajebistsze, wszyscy mnie po plecach klepali.
A potem był film, hinduski, bez napisów a ja się delektowałam moim ciastem i nawet się nie zorientowałam i wszystko rozumiałam. Dobre brownies działa jak space cake i stapia ze Światem w jedno, omm.
Przepis na brownies:
Roztopić w kąpieli wodnej 2 tabliczki czekolady i kostkę masła. Rozmieszać widelcem jajka całe w ilości od 4 do 6 (lepiej 6 ale jak się ma tylko 4 to Ziemia się nie zatrzęsie), mieszać dalej dodając cukru 1,5 lub 2 szkl cukru (jak się lubi słodsze) i mąki 3/4 szkl. Dodać rozpuszczoną czekoladę, wylać na foremkę wyłożoną papierem lub wysmarowaną masłem i wysypaną kakao/mąką (tak mi jedna hipsterka podpowiedziała i się udało), piec w 200 st.C przez 20min. Sprawdzić czy się nie trzęsie. W środku może być mokre - wtedy jest jeszcze pyszniejsze.
piątek, 18 marca 2011
P.S.
Do wyjazdu zostało 11 dni. Przygotowania w proszku ale horoskop na iGoogle dobrze mi wróży: "Możliwość podróżowania. Nie warto odkładać na później tego, co można zrobić dzisiaj, jutro może nie być czasu. Warto wykorzystać każdą chwilę życia. Iść na przód."
W ramach researchu przeglądam kulinarne blogi o kuchni azjatyckiej sysy (linki obok)
W ramach researchu przeglądam kulinarne blogi o kuchni azjatyckiej sysy (linki obok)
london in da rain
Deszczowa londyńska aura. Wczorajsze obżarstwo w savoy'u jest już tylko wspomnieniem. Bieda-rada: późne wstawanie pozwala zaoszczędzić na śniadaniu.
Bieda-rada2: na pusty brzuszek pomaga też trochę złośliwa satysfakcja, że tam oto ludzie pracują a ty się wylegujesz w łóżku. Ja z mojego okna mam widok na college i spod kołderki widzę, jak harrypotery w mundurkach uwijają się jak mróweczki po korytarzach szkoły.
Wracając do miłych wspomnień z pracy..
Na przystawkę wybrałam sałatkę z ciecierzycą i selerem naciowym, i szynką jeśli mnie kubki smakowe nie mylą, lub pędami bambusa.. oraz gotowane buraczki z vinegrait i pietruszką (buraczki to tak niewygodne w obróbce warzywo, wymierające w kuchni mam wrażenie, że zawsze zjadam, jak mam okazję, gdyż mam w głowie zakodowane, że ultrazdrowe).
Danie główne: cod czyli ten no dorsz pod pierzynką, serwowany na fasolce szparagowej (w sensie: ja sobie tak zaserwowałam).
Deser: tort czekoladowy.. i tort fistaszkowy (nie mogłam się powstrzymać; bardzo żałowałam).
Właśnie sobie przypomniałam, że świsnęłam parę czekolad, jakie zostały po evencie, a były prezencikiem dla gości i właśnie zajadam czekoladę mniam mniam
Wczoraj odpuściłam rower i postanowiłam przypomnieć sobie, jak to jest w środkach komunikacji miejskiej więc miałam przygodę pt. metro i double-decker w drodze powrotnej.
Metro nie lubiłabym bardzo, gdybym musiała korzystać z niego regularnie. Jest za drogie, klaustrofobiczne i bez widoczków za oknem, przez co trzeba się tępo patrzeć w przestrzeń i ludzie zmieniają się w bezmózgie stwory brr. Jednak na 1 raz może być ciekawe: jak przeglądanie katalogu z londyńczykami (tymi z urodzenia a przeważnie tymi z doskoku). Mój pociąg miał opóźnienie, policja biegała po stacji, nikogo to nie wzruszyło ani mnie.
Double-decker sto razy fajniejszy. Najlepiej oczywiście na drugim piętrze tuż nad kierowcą. Dreszczyk za każdym razem, gdy autobus ociera się o drzewo lub znak ihihi.
Okazało się, że jest Dzień Św.Patryka ale szczęśliwie nikt mi nie zarzygał autobusu. Widziałam ledwo 2 postaci w głupkowatych czapkach i to całkiem trzeźwe.
Bieda-rada2: na pusty brzuszek pomaga też trochę złośliwa satysfakcja, że tam oto ludzie pracują a ty się wylegujesz w łóżku. Ja z mojego okna mam widok na college i spod kołderki widzę, jak harrypotery w mundurkach uwijają się jak mróweczki po korytarzach szkoły.
Wracając do miłych wspomnień z pracy..
Na przystawkę wybrałam sałatkę z ciecierzycą i selerem naciowym, i szynką jeśli mnie kubki smakowe nie mylą, lub pędami bambusa.. oraz gotowane buraczki z vinegrait i pietruszką (buraczki to tak niewygodne w obróbce warzywo, wymierające w kuchni mam wrażenie, że zawsze zjadam, jak mam okazję, gdyż mam w głowie zakodowane, że ultrazdrowe).
Danie główne: cod czyli ten no dorsz pod pierzynką, serwowany na fasolce szparagowej (w sensie: ja sobie tak zaserwowałam).
Deser: tort czekoladowy.. i tort fistaszkowy (nie mogłam się powstrzymać; bardzo żałowałam).
Właśnie sobie przypomniałam, że świsnęłam parę czekolad, jakie zostały po evencie, a były prezencikiem dla gości i właśnie zajadam czekoladę mniam mniam
Wczoraj odpuściłam rower i postanowiłam przypomnieć sobie, jak to jest w środkach komunikacji miejskiej więc miałam przygodę pt. metro i double-decker w drodze powrotnej.
Metro nie lubiłabym bardzo, gdybym musiała korzystać z niego regularnie. Jest za drogie, klaustrofobiczne i bez widoczków za oknem, przez co trzeba się tępo patrzeć w przestrzeń i ludzie zmieniają się w bezmózgie stwory brr. Jednak na 1 raz może być ciekawe: jak przeglądanie katalogu z londyńczykami (tymi z urodzenia a przeważnie tymi z doskoku). Mój pociąg miał opóźnienie, policja biegała po stacji, nikogo to nie wzruszyło ani mnie.
Double-decker sto razy fajniejszy. Najlepiej oczywiście na drugim piętrze tuż nad kierowcą. Dreszczyk za każdym razem, gdy autobus ociera się o drzewo lub znak ihihi.
Okazało się, że jest Dzień Św.Patryka ale szczęśliwie nikt mi nie zarzygał autobusu. Widziałam ledwo 2 postaci w głupkowatych czapkach i to całkiem trzeźwe.
czwartek, 17 marca 2011
stołówka "savoy"
Free food cd.
Postanowiłam popracować trochę w mojej zapasowej pracy, żeby natrzaskać jeszcze trochę hajsu przed wyjazdem, oraz z powodów sentymentalnych oraz z powodu savojowej kantyny sasa
Moja zapasowa praca to kelnering przy eventach; zero tipów ale też zero stresu. Praca przez 3h a reszta to ploty przy tzw. poliszowaniu glasów. Współkelnerzy (czy raczej hospitality assistants) to zbieranina rozbitków ze wszystkich miejsc na ziemi, co mnie zawsze dziwi, jak ludzie z raju przyjeżdżają do UK..
Wracając do free food: Savoy to znana marka, wyje*any hotel przy Strandzie; dbają o swoich pracowników. Clue tego posta, czyli kantyna, to jeden z najlepszych przykładów.
Ja przyjechałam za wcześnie, więc wbiłam do kantyny na kawę i ciastko. W efekcie wypiłam cappucino z dodatkowym espresso i latte i wsunęłam kawał tortu piankowego w kolorze zielonym i lody z polewą czekoladową. Czytałam Tiziano Tereziani "Powiedział mi wróżbita" - w ramach rozkmin o Azji, i było mi bardzo bardzo miło.
Potem popracowałam leniwie, z powodu przejedzenia, 2h i trzeba było iść na przerwę lunchową.
Na lunch serwują zwykle wybór przystawek, sałatek, zup, 3 dania główne, 3 desery, owoce i napoje i co dusza zapragnie.
Ja nałożyłam sobie świeże warzywa, rukolę i suszone morele, do tego zapiekankę ze słodkich ziemniaków i śmieszne coś z łososia, w kształcie kulistym. Następnym razem (zaraz, bo dziś też jadę a piszę z opóźnieniem jednodniowym) bardziej się postaram i zapamiętam nazwy tego, co jem.
Na deser ekhm spróbowałam pozostałych dwóch tortów: miętowo-czekoladowego i karmelowo-fistaszkowego. I od tej pory nie mogłam się ruszać a najgorsze dopiero miało nadejść..
Otóż eventem wieczoru była impreza Rolce Royce'a co sobie panie panowie zamiast standardowej obsługi zażyczyli wypaśne bufety. Wszystko oczywiście zostało w ilościach niedoprzejedzenia przez liczny staff. Z żalem patrzyłam na to całe jedzonko, co się mu przyjdzie zmarnować, ale wmusiłam w siebie tylko plasterek szynki parmeńskiej na zasadzie cieniutkiego płatka mięty.
Potem czekał mnie powrót rowerem do domu, o tyle emocjonujący, że wiozłam brzuch swój dziesięciokrotnie zwiększony oraz nie jechałam jeszcze tą trasą bardzo centralną, bo przez Trafalgar Sq i inne Piccadilly Cyrki. Efekt był taki, że przedarłam się dumna przez Strand, ginąc i zmartwychwstając, co autobus i ciężarówkę, prześlizgnęłam się przez transport borówek amerykańskich, co się komuś wydupcył z paki, rozjechałam wycieczkę Chińczyków by wylądować przedziwnym trafem w tym samym miejscu, z którego ruszyłam - i wszystko od nowa.
Potem moja trasa prowadziła cały czas prosto i trafiłam w jakieś zakazane dzielnice. Mijałam regularne blokowicha, baraki jakieś więzienne by trafić tadam na Camden Town. A stąd już prosto do domu, szkoda że pod najstromszą górę.
Droga "tam" była równie malownicza. Wprawdzie się tyle nie gubiłam, ale przejechałam przez 4 parki: Regents, Hyde, Green i St.James'. I odebrałam swoją wietnamską wizę!
wtorek, 15 marca 2011
poniedziałek, 14 marca 2011
passing clouds
Chciałam pojechać do chmur wcześniej niż zwykle by gotować też a nie tylko zjadać. Ja miałam obsuwe i oni mieli obsuwe więc choć nie przyjechałam wcześniej to gotowałam.
Jako newcomer dostałam do robienia ziemniaki (sic!). Obróbkę ziemniaków dzieliłam z jedną ociupinkę szaloną Francuzką, która przy okazji opowiedziała mi o toksynach drzemiących w centralnej części ząbka czosnku (które wydłubywała),o magicznych właściwościach surowych ziemniaków (które zjadała) i wody spod ziemniaków (którą piła), o tym jak sód ze soli zajmuje krzesełka potasowi w komórkach (ja chciałam nasze ziemniaki posolić, ona nie pozwalała, to ja chciałam ukradkiem, to ona schowała sól) etc. Miały być gnocchi z naszych ziemniaków, powstało patatas bravas (ziemniaki w kostke wymieszane z sosem bardzo pomidorowym, czosnkowym i chilli za to niesłonym).
Dostąpiłam zaszczytu pisania menu, więc wyjątkowo wiedziałam, co jemy. Ale pamięć mam krótką, więc nie wszystko wymienię. Były patatas bravas, leaky lasagne, różne pasty z warzywkami, warzywka w innych formach, sałatki, pineapple chutney, homemade houmous, passionfruit profiteroles (czyli generalnie wypas jak na bieda kuchnie ale nawet nie spróbowałam bo wygląda to ptysiowo, fuj) oraz panie panowie ciasto czekoladowo-guinessowe, pycha.
Ci co gotowali wsuwali w pierwszej kolejności a potem to już niewiele zostało sysy
To wczoraj, a dziś ugotowałam swoją standardową bieda-zupkę na bazie mung daalu, co go nie mogę skończyć:
Mung daal gotuję ze solą. Wszystko na oko, czas na oko - tyle mniej więcej co się resztę przyrządza. Smażę pokrojone w plastry marchewki i pietruszki. Dodaję cukinię i cebulę (co krótszego wymagają smażenia). Jak będzie wszystko miękkie i fajne to dodaję pomidory z puszki, pastę tajską bez przesady (1 łyżka wystarczy) i wszystko razem jeszcze trzymam na ogniu a potem wrzucam do fasolki. I potem zdaje się trzeba zagotować i pogotować jeszcze chwilę i już.
To jest taka zupa, co do niej można jakie się ma wrzucać warzywa: ziemniaki, pieczarki, co się ma. Smaczne z mięsnym wkładem. Smaczne posypane pietruszką zieloną.
Można też używać jako sosu do ryżu czy innych zbóż, bo gęste.
Nomm.
Jako newcomer dostałam do robienia ziemniaki (sic!). Obróbkę ziemniaków dzieliłam z jedną ociupinkę szaloną Francuzką, która przy okazji opowiedziała mi o toksynach drzemiących w centralnej części ząbka czosnku (które wydłubywała),o magicznych właściwościach surowych ziemniaków (które zjadała) i wody spod ziemniaków (którą piła), o tym jak sód ze soli zajmuje krzesełka potasowi w komórkach (ja chciałam nasze ziemniaki posolić, ona nie pozwalała, to ja chciałam ukradkiem, to ona schowała sól) etc. Miały być gnocchi z naszych ziemniaków, powstało patatas bravas (ziemniaki w kostke wymieszane z sosem bardzo pomidorowym, czosnkowym i chilli za to niesłonym).
Dostąpiłam zaszczytu pisania menu, więc wyjątkowo wiedziałam, co jemy. Ale pamięć mam krótką, więc nie wszystko wymienię. Były patatas bravas, leaky lasagne, różne pasty z warzywkami, warzywka w innych formach, sałatki, pineapple chutney, homemade houmous, passionfruit profiteroles (czyli generalnie wypas jak na bieda kuchnie ale nawet nie spróbowałam bo wygląda to ptysiowo, fuj) oraz panie panowie ciasto czekoladowo-guinessowe, pycha.
Ci co gotowali wsuwali w pierwszej kolejności a potem to już niewiele zostało sysy
To wczoraj, a dziś ugotowałam swoją standardową bieda-zupkę na bazie mung daalu, co go nie mogę skończyć:
Mung daal gotuję ze solą. Wszystko na oko, czas na oko - tyle mniej więcej co się resztę przyrządza. Smażę pokrojone w plastry marchewki i pietruszki. Dodaję cukinię i cebulę (co krótszego wymagają smażenia). Jak będzie wszystko miękkie i fajne to dodaję pomidory z puszki, pastę tajską bez przesady (1 łyżka wystarczy) i wszystko razem jeszcze trzymam na ogniu a potem wrzucam do fasolki. I potem zdaje się trzeba zagotować i pogotować jeszcze chwilę i już.
To jest taka zupa, co do niej można jakie się ma wrzucać warzywa: ziemniaki, pieczarki, co się ma. Smaczne z mięsnym wkładem. Smaczne posypane pietruszką zieloną.
Można też używać jako sosu do ryżu czy innych zbóż, bo gęste.
Nomm.
niedziela, 13 marca 2011
naleśniki cd
Tym razem płaskie regularne naleśniki "polskie" na zamówienie współlokatorów. W UK jak się robi naleśniki samemu a nie wylewa na patelnie gotowy mix to wielki szacun dla takiego kogoś.
Nauczyłam się robić naleśniki niedawno bo wcześniej jakoś mi nie smakowały. A teraz nie wybrzydzam.
Czasem wychodzą lepiej a innym razem grudowato, nie mam jeszcze swojej sekretnej formuły, robię ciasto bez planu i patrzę, co będzie. Baza to: jajko (mogą być 2 jajka), rozbełtać, mąkę dosypać (2 cups), mleko i wodę dolać (po 1 cup). Jak się ma mikser to fajnie. Potem się patrzy na konsystencje, generalnie powinna wyglądać na za rzadką.
Rozgrzać patelnie i tłuszcz na patelni. W PL smażyło się na smalcu, pamiętam. Tu psikałam oliwą w sprayu (snob) a jak się skończyła to przecieram papierowym ręcznikiem nasączonym olejem.
Smaki:
- cukier i cytryna
- miód i mango
- nutella i banan
- masło orzechowe i miód/ i banan/ i nutella/ wszystkie wymienione
O tak.
Nauczyłam się robić naleśniki niedawno bo wcześniej jakoś mi nie smakowały. A teraz nie wybrzydzam.
Czasem wychodzą lepiej a innym razem grudowato, nie mam jeszcze swojej sekretnej formuły, robię ciasto bez planu i patrzę, co będzie. Baza to: jajko (mogą być 2 jajka), rozbełtać, mąkę dosypać (2 cups), mleko i wodę dolać (po 1 cup). Jak się ma mikser to fajnie. Potem się patrzy na konsystencje, generalnie powinna wyglądać na za rzadką.
Rozgrzać patelnie i tłuszcz na patelni. W PL smażyło się na smalcu, pamiętam. Tu psikałam oliwą w sprayu (snob) a jak się skończyła to przecieram papierowym ręcznikiem nasączonym olejem.
Smaki:
- cukier i cytryna
- miód i mango
- nutella i banan
- masło orzechowe i miód/ i banan/ i nutella/ wszystkie wymienione
O tak.
wtorek, 8 marca 2011
dzień kobiet i naleśników
Gdy w Polsce goździki to tu naleśniki. Zrobiłam na śniadanie te grube "amerykańskie". Pancakes. Składniki podstawowe: mąka, cukier, proszek do pieczenia i soda, jajko, masło, mleko. No big deal. Proporcje trzeba rozkminić samemu. Ja miałam przepis z netu, pięć gwiazdek, tysiąc osób to lubi a i tak trzeba było modyfikować. Pancakes serwowałam z miodem bo maple syrup to za wysokie teraz progi (gdy się okazało, że paszportu nie zgubiłam tylko zostawiłam w ambasadzie bo takie są zwyczaje: zostawia się i się odbiera już ze wbitą wizą..to odkładam hajs na podróż raczej niż na ekstrawagancje i zachcianki).
A na kolacje ku wielkiemu memu zdziwieniu zaserwowano mi pychotkowy posiłek z winem i w ogóle. W związku z dniem naleśnika no doubt.
A na kolacje ku wielkiemu memu zdziwieniu zaserwowano mi pychotkowy posiłek z winem i w ogóle. W związku z dniem naleśnika no doubt.
poniedziałek, 7 marca 2011
najgorszy dzień świata, słowo
Dziś tzw. day off. W mojej „pracy” dni wolne spadają z nieba niezapowiedziane, nie że weekend. Dzień wolny w praktyce oznacza na śniadanie coś więcej niż w pośpiechu kawa. Tym razem szał pyty: omlet z warzywami.
Podebrałam kurce z dolnej półki w lodówce jajko: białko ubiłam ze szczyptą soli a potem wmieszałam żółtko. W międzyczasie usmażyłam pół cukinii w plasterkach (15p), garść dziecinnego szpinaku (baby spinach; pół kg za Ł1,8 więc taka garstka to może 18p) i potem te warzywa dodałam do jajek i z powrotem na patelnię. Jak zalewam warzywa jajkami to mi nie wychodzi, ale może to ja jakaś trefna jestem. Sól i pieprz. Jak się podsmaży ze spodniej strony to składam na pół i jeszcze z dwóch stron obsmażam taki półksiężycowy omlet. Nikt mnie nie uczył robić omletów i taką sobie wypracowałam metodę. Posypałam jeszcze podkradzioną pietruszką (dostałam pozwolenie podkradać) i kieliszek soku pomidorowego i można jechać na tym pół dnia. Całe danie, nawet bez podkradania, za pół funta.
Że dzień się okazał nie moim dniem (not my day) : między ambasadą tajską a wietnamską, co są oddalone o 5 min spaceru, zgubiłam paszport, a że w międzyczasie zamknęli tę pierwszą to się nie dowiedziałam, czy aby nie został w okienku. Jak nie został to do dupy (pardon le mot) pojadę a nie W Świat. Dodam tylko, że zgubiłam już centralnie wszystkie najważniejsze-rzeczy-co-się-ich-nie-powinno-gubić jakie tylko się dało: kartę kredytową, teczkę ze wszystkimi dokumentami, klucze do mieszkania, kartę NI, przez miesiąc nie miałam dowodu, a teraz paszport. I siebie nie raz. Koniec dygresji i żalów nad własną gapowatością.
Więc w związku z niefartownym poniedziałkiem (i okulary słońcowe zostawiłam na poczcie) zafundowałam sobie specjalne traktowanie: wsunęłam wegetariańskiego samosa w fajoskim indiańskim take-away na Gloucester Road (80p) i kupiłam w charitku „chińczyka” i „węże i drabiny” – 2w1 gry mojego dziecięctwa (Ł1,99; sentymentalne powroty do przeszłości – bezcenne).
Jak wróciłam do domu z miną pt. nie mów do mnie – właśnie zgubiłam paszport, to się okazało, że współlokator wyjadł mi cały zapas niby-sambaru, co ja myślałam, że starczy na długo i jedyne co zostało poza warzywkami (nie umiem się najadać samymi warzywkami, trzeba to jeszcze przepracować) to puszka tuńczyka. And guess what: żaden otwieracz do puszek nie działał. Zawołałam do pomocy wszystkich mężczyzn w domu (13 do 15) i wyszłam. Jak wróciłam puszka była otwarta.
Treat z tuną: garść dziecko-szpinak, pół puszki tuńczyka (dla mnie istnieje tylko ten w kawałkach, w oleistej mazi, mniam), garść kiełków fasolki jakiejś (60p za pokaźną opakowkę, mało pi za garść), biedny pomidorek (10p), kawałek ogórka, oliwa, sól, pieprz (nic nie ukradłam).
Frustracje zechciałam rozjeździć rowerem – sprawdzony patent, gdyż myśli wszystkie trzeba skupić na ruchu ulicznym, bo inaczej mia zga. Zmyśliłam pretekts hihi pretekst – Woodgreen Shopping Centre. Do samego zakupowego centrum nie weszłam ale w okolicy są warzywne stragany i kupiłam miskę jabłek (tu się kupuje na miski; miska za funta) i dostałam cytrynę w prezencie; nie potrzebowałam dwunastu i panmiły mi dał jedną. Oraz kupiłam jelly beans (50p), jak harypoteroskie fasolki wszystkich smaków, hell yeah!
Podebrałam kurce z dolnej półki w lodówce jajko: białko ubiłam ze szczyptą soli a potem wmieszałam żółtko. W międzyczasie usmażyłam pół cukinii w plasterkach (15p), garść dziecinnego szpinaku (baby spinach; pół kg za Ł1,8 więc taka garstka to może 18p) i potem te warzywa dodałam do jajek i z powrotem na patelnię. Jak zalewam warzywa jajkami to mi nie wychodzi, ale może to ja jakaś trefna jestem. Sól i pieprz. Jak się podsmaży ze spodniej strony to składam na pół i jeszcze z dwóch stron obsmażam taki półksiężycowy omlet. Nikt mnie nie uczył robić omletów i taką sobie wypracowałam metodę. Posypałam jeszcze podkradzioną pietruszką (dostałam pozwolenie podkradać) i kieliszek soku pomidorowego i można jechać na tym pół dnia. Całe danie, nawet bez podkradania, za pół funta.
Że dzień się okazał nie moim dniem (not my day) : między ambasadą tajską a wietnamską, co są oddalone o 5 min spaceru, zgubiłam paszport, a że w międzyczasie zamknęli tę pierwszą to się nie dowiedziałam, czy aby nie został w okienku. Jak nie został to do dupy (pardon le mot) pojadę a nie W Świat. Dodam tylko, że zgubiłam już centralnie wszystkie najważniejsze-rzeczy-co-się-ich-nie-powinno-gubić jakie tylko się dało: kartę kredytową, teczkę ze wszystkimi dokumentami, klucze do mieszkania, kartę NI, przez miesiąc nie miałam dowodu, a teraz paszport. I siebie nie raz. Koniec dygresji i żalów nad własną gapowatością.
Więc w związku z niefartownym poniedziałkiem (i okulary słońcowe zostawiłam na poczcie) zafundowałam sobie specjalne traktowanie: wsunęłam wegetariańskiego samosa w fajoskim indiańskim take-away na Gloucester Road (80p) i kupiłam w charitku „chińczyka” i „węże i drabiny” – 2w1 gry mojego dziecięctwa (Ł1,99; sentymentalne powroty do przeszłości – bezcenne).
Jak wróciłam do domu z miną pt. nie mów do mnie – właśnie zgubiłam paszport, to się okazało, że współlokator wyjadł mi cały zapas niby-sambaru, co ja myślałam, że starczy na długo i jedyne co zostało poza warzywkami (nie umiem się najadać samymi warzywkami, trzeba to jeszcze przepracować) to puszka tuńczyka. And guess what: żaden otwieracz do puszek nie działał. Zawołałam do pomocy wszystkich mężczyzn w domu (13 do 15) i wyszłam. Jak wróciłam puszka była otwarta.
Treat z tuną: garść dziecko-szpinak, pół puszki tuńczyka (dla mnie istnieje tylko ten w kawałkach, w oleistej mazi, mniam), garść kiełków fasolki jakiejś (60p za pokaźną opakowkę, mało pi za garść), biedny pomidorek (10p), kawałek ogórka, oliwa, sól, pieprz (nic nie ukradłam).
Frustracje zechciałam rozjeździć rowerem – sprawdzony patent, gdyż myśli wszystkie trzeba skupić na ruchu ulicznym, bo inaczej mia zga. Zmyśliłam pretekts hihi pretekst – Woodgreen Shopping Centre. Do samego zakupowego centrum nie weszłam ale w okolicy są warzywne stragany i kupiłam miskę jabłek (tu się kupuje na miski; miska za funta) i dostałam cytrynę w prezencie; nie potrzebowałam dwunastu i panmiły mi dał jedną. Oraz kupiłam jelly beans (50p), jak harypoteroskie fasolki wszystkich smaków, hell yeah!
piątek, 25 lutego 2011
potenta
Brzuszek mówi: poproszę polentę.
Polentę kupiłam w zastępstwie kuskusu, bo ileż można jeść kuskus. (Ta zasada nie sprawdza się w przypadku makaronu z pesto – makaron z pesto można jeść codziennie. Żart. Penne z pesto to pierwsze, co brzydnie emigranowi w UK) No więc polenta, oprócz tego, że składa się z małych żółtych kulek, niewiele ma wspólnego z kuskusem: trzeba ją długo gotować, w dodatku MIESZAJĄC (sick!), czyli zupełnie się nie nadaje do I-Can’t-Be-Bothered Diet. On the other hand polenta sama w sobie stanowi danie, wystarczy dodać oliwę i sól i co tam się ma lub nie ma. Ja mam zapas polenty (tak, jak w przypadku mung daalu, familijna opakowka) a w mojej kuchni jedzenia się nie marnuje! Polenta, jak jej się nie zje od razu, to zastyga. I choć wszędzie piszą, że to fajnie, bo potem można ją pokroić i ugrilować, to mnie ta druga opcja nie smakuje; lubię taką ciepłą, miękką jak grysik polentę, która się uśmiecha w brzuszku i mruczy. Ja do mojej dodam sera jak feta – zobaczymy, co będzie!
Z niewypałów: siemię lniane i otręby sojowe. Kiedyś w napadzie ortorektycznego szału kupiłam te gadżety no i generalnie na-chuj się przydają. Siemię fajna rzecz, jak się ma moździerz, żeby porozgniatać; ja nie mam. W charitkach jakoś bieda z moździerzami. Natomiast soya bran to ja nie wiem, czemu to może służyć. Swego czasu jadałam owsianki i inne płatki, to dosypywałam. Ale uznałam te śniadaniowe wydziwy za narzędzie szatana i nie jem już. To samo z jogurtami (wiem, pisałam co innego; w moim świecie przeciwstawienia harmonijnie sobie współistnieją, nic nie poradzę, w związku z czym palę nie paląc i jem jogurty czasem brzydząc się jogurtami, które to jogurty lasują mózgi i promują konsumpcyjny styl życia, pozbawiając marzeń ofkors. Fuj!). I teraz nie wiem już, gdzie dosypywać. Zawsze można ukryć w ziemniaczkach, ale gdzie tu sens (poza tym za dużo roboty przy ziemniaczkach, ziemniaczków nie jemy; chyba że pieczone w mundurkach, co przecież same się pieką, ale jak w nich ukryć otręby??).
Brzuszek przypomina: polenta.
P.S. Dobra polenta z fetą i posypana zieloną pietruszką i czymś na kształt skwarek zmontowanym z fałszywego angielskiego boczku
Polentę kupiłam w zastępstwie kuskusu, bo ileż można jeść kuskus. (Ta zasada nie sprawdza się w przypadku makaronu z pesto – makaron z pesto można jeść codziennie. Żart. Penne z pesto to pierwsze, co brzydnie emigranowi w UK) No więc polenta, oprócz tego, że składa się z małych żółtych kulek, niewiele ma wspólnego z kuskusem: trzeba ją długo gotować, w dodatku MIESZAJĄC (sick!), czyli zupełnie się nie nadaje do I-Can’t-Be-Bothered Diet. On the other hand polenta sama w sobie stanowi danie, wystarczy dodać oliwę i sól i co tam się ma lub nie ma. Ja mam zapas polenty (tak, jak w przypadku mung daalu, familijna opakowka) a w mojej kuchni jedzenia się nie marnuje! Polenta, jak jej się nie zje od razu, to zastyga. I choć wszędzie piszą, że to fajnie, bo potem można ją pokroić i ugrilować, to mnie ta druga opcja nie smakuje; lubię taką ciepłą, miękką jak grysik polentę, która się uśmiecha w brzuszku i mruczy. Ja do mojej dodam sera jak feta – zobaczymy, co będzie!
Z niewypałów: siemię lniane i otręby sojowe. Kiedyś w napadzie ortorektycznego szału kupiłam te gadżety no i generalnie na-chuj się przydają. Siemię fajna rzecz, jak się ma moździerz, żeby porozgniatać; ja nie mam. W charitkach jakoś bieda z moździerzami. Natomiast soya bran to ja nie wiem, czemu to może służyć. Swego czasu jadałam owsianki i inne płatki, to dosypywałam. Ale uznałam te śniadaniowe wydziwy za narzędzie szatana i nie jem już. To samo z jogurtami (wiem, pisałam co innego; w moim świecie przeciwstawienia harmonijnie sobie współistnieją, nic nie poradzę, w związku z czym palę nie paląc i jem jogurty czasem brzydząc się jogurtami, które to jogurty lasują mózgi i promują konsumpcyjny styl życia, pozbawiając marzeń ofkors. Fuj!). I teraz nie wiem już, gdzie dosypywać. Zawsze można ukryć w ziemniaczkach, ale gdzie tu sens (poza tym za dużo roboty przy ziemniaczkach, ziemniaczków nie jemy; chyba że pieczone w mundurkach, co przecież same się pieką, ale jak w nich ukryć otręby??).
Brzuszek przypomina: polenta.
P.S. Dobra polenta z fetą i posypana zieloną pietruszką i czymś na kształt skwarek zmontowanym z fałszywego angielskiego boczku
środa, 23 lutego 2011
no-food diet
Aktualnie jestem na I-Can’t-Be-Bothered Diet. Jem tylko to, co wymaga minimalnej obróbki i najlepiej: przychodzi samo (oliwki w sklepie, owoce w pracy, jedzenie wspóllokatorów…). Jak już trzeba coś kupić to wybieram owoce, sery, puszki z tunczykiem, daktyle, czekoladę, jogurt. Wychodzi na to, że w ciągu dnia zjadam same przekąski. Brzuszek zapycham sokiem pomidorowym, gdy burczy, oraz kawą, dużą kawą. I luv coffee. Główna zasada: keep urself busy to zapomnisz o jedzeniu.
Gdy mój wspólnik w niecnotach naprawi rower, przejdę na Free-Food-Only Diet, która, w odróżnieniu od I-Can’t-Be-Bothered Diet wymaga już troche wysiłku. Darmowe jedzenie można albo podjadać, ale wtedy zawsze będą to małe ilości, albo skipować (albo kraść, ale tej opcji nie biorę pod uwagę, bo mam blokadę jakąś taką moralną) czyli po prostu wyszperowywać w śmieciach przysupermarketowych (skip to śmietnik).Nazywa się to ładnie freeganizm. Ktoś, komu się zachce, pokręci nosem a mnie się nie chce tłumaczyć, dlaczego jedzenie, które ma wgniecione lub podarte opakowanie dalej nadaje się do spożycia, mimo że Pan Tescos uważa inaczej. No ale oprócz wysiłku trzeba też zdjąć blokadę ojej-ludzie-się-patrzą-jak-grzebię-w-śmieciach i do tego jest mi potrzebny wspólnik, sama się krępuję. Dlaczego potrzebny jest rower – bo nie dla wszystkich to skojarzenie jest oczywiste: i do not walk anymore, i cycle. Zresztą najbliższe tescos oprócz tego, że nie wiem, gdzie jest, to stopro jest za daleko by iść, a już na pewno by iść obładowanym darmowymi dobrami, a jechać na skipa autobusem czy metro to już jakaś perwersja – za 3-4 funty za bilety (x2) można mieć mnóstwo jedzenia.
Nie skipowałam jeszcze nigdy sama ale dostawałam zeskipowane jedzenie od znajomych: kawę nescafe exspresso w ilościach hurtowych, tofu, warzywa, nawet rogaliki z czekoladą :}
Teraz żyję za Ł3 na dzień & counting (w dół).
Skoro już jestem przy free foodz to cynk sprzedam taki, że co niedziela w Passing Clouds odbywa się impreza pt. Peoples kitchen, gdzie się wspólnie gotuje, wykorzystując jedzenie podarowane przez supermarkety oraz co ludzie przynieśli, a potem się wspólnie zajada wege smakołyki. Gotowanie zaczyna się od 15 a jedzenie to jak się skończy gotowanie. Mnie się zazwyczaj udaje zdążyć dopiero na jedzenie.. ale czasem pozamiatam albo zmyję naczynia, żeby na krzywy ryj nie zajadać. A potem są filmy i impreza i w ogóle superfajnie. Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.
Gdy mój wspólnik w niecnotach naprawi rower, przejdę na Free-Food-Only Diet, która, w odróżnieniu od I-Can’t-Be-Bothered Diet wymaga już troche wysiłku. Darmowe jedzenie można albo podjadać, ale wtedy zawsze będą to małe ilości, albo skipować (albo kraść, ale tej opcji nie biorę pod uwagę, bo mam blokadę jakąś taką moralną) czyli po prostu wyszperowywać w śmieciach przysupermarketowych (skip to śmietnik).Nazywa się to ładnie freeganizm. Ktoś, komu się zachce, pokręci nosem a mnie się nie chce tłumaczyć, dlaczego jedzenie, które ma wgniecione lub podarte opakowanie dalej nadaje się do spożycia, mimo że Pan Tescos uważa inaczej. No ale oprócz wysiłku trzeba też zdjąć blokadę ojej-ludzie-się-patrzą-jak-grzebię-w-śmieciach i do tego jest mi potrzebny wspólnik, sama się krępuję. Dlaczego potrzebny jest rower – bo nie dla wszystkich to skojarzenie jest oczywiste: i do not walk anymore, i cycle. Zresztą najbliższe tescos oprócz tego, że nie wiem, gdzie jest, to stopro jest za daleko by iść, a już na pewno by iść obładowanym darmowymi dobrami, a jechać na skipa autobusem czy metro to już jakaś perwersja – za 3-4 funty za bilety (x2) można mieć mnóstwo jedzenia.
Nie skipowałam jeszcze nigdy sama ale dostawałam zeskipowane jedzenie od znajomych: kawę nescafe exspresso w ilościach hurtowych, tofu, warzywa, nawet rogaliki z czekoladą :}
Teraz żyję za Ł3 na dzień & counting (w dół).
Skoro już jestem przy free foodz to cynk sprzedam taki, że co niedziela w Passing Clouds odbywa się impreza pt. Peoples kitchen, gdzie się wspólnie gotuje, wykorzystując jedzenie podarowane przez supermarkety oraz co ludzie przynieśli, a potem się wspólnie zajada wege smakołyki. Gotowanie zaczyna się od 15 a jedzenie to jak się skończy gotowanie. Mnie się zazwyczaj udaje zdążyć dopiero na jedzenie.. ale czasem pozamiatam albo zmyję naczynia, żeby na krzywy ryj nie zajadać. A potem są filmy i impreza i w ogóle superfajnie. Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.
czwartek, 17 lutego 2011
bajkowe jedzenie
Jako fan "Chowdera", zjadam na próbe to, co się kryje pod imionami jego bohaterów. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście chowder (z kartonika sysy) – smakowita rybna zupka (bo to był rybny chowder), odfajkowane.
Chciałabym w tym momencie napisać, ze zupki z kartonika są złe, po ang EVIL: są smaczne i tanie, nie wspominając już o prostocie przyszykowania (otworzyć kartonik…) ale naszpikowane bez wątpliwości jakimś złem tuczącym i przytępiającym zmysły i pozbawiającym marzeń. Wracając do mojej kreskówki: potem kupiłam mung daal a że torebka duża to jadłam go na różne sposoby, głównie traktując jako zamiennik soczewicy, i jeszcze zostało. Więc robiłam niby-sambar, niby-curry, i inne mieszanki do tej pory nieodkryte/nienazwane, dodając warzywa jakie miałam (cukinia, marchewka), przecier pomidorowy, pastę curry etc.
W kolejce: Trufla, Shnitzl, Panini, Endive, Kimchi i.in.
czyli>>>>>>>>>
Chciałabym w tym momencie napisać, ze zupki z kartonika są złe, po ang EVIL: są smaczne i tanie, nie wspominając już o prostocie przyszykowania (otworzyć kartonik…) ale naszpikowane bez wątpliwości jakimś złem tuczącym i przytępiającym zmysły i pozbawiającym marzeń. Wracając do mojej kreskówki: potem kupiłam mung daal a że torebka duża to jadłam go na różne sposoby, głównie traktując jako zamiennik soczewicy, i jeszcze zostało. Więc robiłam niby-sambar, niby-curry, i inne mieszanki do tej pory nieodkryte/nienazwane, dodając warzywa jakie miałam (cukinia, marchewka), przecier pomidorowy, pastę curry etc.
W kolejce: Trufla, Shnitzl, Panini, Endive, Kimchi i.in.
czyli>>>>>>>>>
poniedziałek, 7 lutego 2011
jesień zima i zima
Jesień
Jesień spędzałam w Polsce, a bez pieniędzy. Jesienią jadłam niewiele, co było za darmo lub tanio; chodziłam na grandę w ogródki działkowe, sprawdzałam czy mlecz faktycznie da sie jeść (jesienią raczej nie da się; może wiosną…), czaiłam się na orzechy pod blokiem. Jeździłam też w odwiedziny do znajomych a że większość z nich także była na bieda-diecie to wymienialiśmy się: ja ci jagody od mamy z ogrodu, ty mi muffinz (bo da się tanio mufiny!). A przy okazji planu filmowego stołowałam się na planie filmowym.
Przydatna też okazała się półka z przecenionymi produktami w osiedlowym tescos – teraz już nie mieszkam w Polsce a półka reduced w tescos dalej daje rade…
królik stąd
Zima
Zimę spędzam na tzw Wyspach. Pomysł może średni – trzeba było uderzać w cieplejsze kraje – ale i tak cieplej niż w PL nynyny. Spędzam i spędzam, zimę i zimę. Przykrzy mi się już to spędzanie zimy więc na wiosnę wybieram się W Świat. Ale to jeszcze nie teraz, sniff. Wracając do zimy…
Mówili wszyscy, co im się zdarzyło być na saksach (czyli wszyscy), że jedzenie angielskie niedobre. Ale jest różnica istotna między ‘jedzeniem angielskim’ a ‘jedzeniem w Anglii’. Angielskiego nie znam, nie tykam się. Spróbowałam raz pie z ciekawości – paskudztwo. Fish’n’chips daje rade zdecydowanie ale ryba i frytki to nic znów takiego oryginalnego a i podobno żydowski a nie angielski pomysł. Shortbreads lubie, o tak. Peanutbutter and jelly (a jeszcze lepiej honey) – jestem na odwyku.
Ale poza jedzeniem wyspiarskim jest jeszcze imigracyjne – zewsząd, ze wszystkich biednych a egzotycznych krajów (jak Polska). Jak wchodze do spożywczego to czuje się tak, jak niektórzy co ich znam chłopcy, co nie odróżniają pietruszki od innej zieleniny a bakłażana od cukinii; no więc wchodzę i widzę cuda na kiju, które nie wiadomo, czy są raczej słodkie czy raczej kuresko pikantne, czy się je dusi czy je na surowo… Niektóre znam z programów Jamiego Oliviera (siara!) ale w buzi w życiu nie miałam. Powoli powoli robię research...
Konkluzja jest taka, że rozmaitość jedzenia sprawia, iż każdy znajdzie coś fajowego. Mnie wcale nie brakuje chleba (który mogłabym sobie kupić bez problemu w polskim sklepie – w którym nomen omen byłam raz, z ciekawości, ale wywiała mnie nuda, jeżyki i delicje, których szczerze nie znoszę) – zastąpiłam go z powodzeniem pitą. Ja serce pita. Do pity idealny jest humus i zielony ogórek, ach! Albo peanutbutternjelly. Jeszcze jest różowa rybna taramosalata, co ma swoich fanów i nie jestem to ja (brr). Inna opcja to wielki płaski chlebek turecki, co jakoś się wydawał mi pospolity, dopóki się nie zakochałam. Do mojej codziennej diety weszły też gładko avocado, których kupuje 5 za funta i jem sobie same lub rozgniatam widelcem w guacamole (+ czosnek, cebula, sok z cytryny i sól, jasna sprawa).
Ototaramosalata:
Jesień spędzałam w Polsce, a bez pieniędzy. Jesienią jadłam niewiele, co było za darmo lub tanio; chodziłam na grandę w ogródki działkowe, sprawdzałam czy mlecz faktycznie da sie jeść (jesienią raczej nie da się; może wiosną…), czaiłam się na orzechy pod blokiem. Jeździłam też w odwiedziny do znajomych a że większość z nich także była na bieda-diecie to wymienialiśmy się: ja ci jagody od mamy z ogrodu, ty mi muffinz (bo da się tanio mufiny!). A przy okazji planu filmowego stołowałam się na planie filmowym.
Przydatna też okazała się półka z przecenionymi produktami w osiedlowym tescos – teraz już nie mieszkam w Polsce a półka reduced w tescos dalej daje rade…
królik stądZima
Zimę spędzam na tzw Wyspach. Pomysł może średni – trzeba było uderzać w cieplejsze kraje – ale i tak cieplej niż w PL nynyny. Spędzam i spędzam, zimę i zimę. Przykrzy mi się już to spędzanie zimy więc na wiosnę wybieram się W Świat. Ale to jeszcze nie teraz, sniff. Wracając do zimy…
Mówili wszyscy, co im się zdarzyło być na saksach (czyli wszyscy), że jedzenie angielskie niedobre. Ale jest różnica istotna między ‘jedzeniem angielskim’ a ‘jedzeniem w Anglii’. Angielskiego nie znam, nie tykam się. Spróbowałam raz pie z ciekawości – paskudztwo. Fish’n’chips daje rade zdecydowanie ale ryba i frytki to nic znów takiego oryginalnego a i podobno żydowski a nie angielski pomysł. Shortbreads lubie, o tak. Peanutbutter and jelly (a jeszcze lepiej honey) – jestem na odwyku.
Ale poza jedzeniem wyspiarskim jest jeszcze imigracyjne – zewsząd, ze wszystkich biednych a egzotycznych krajów (jak Polska). Jak wchodze do spożywczego to czuje się tak, jak niektórzy co ich znam chłopcy, co nie odróżniają pietruszki od innej zieleniny a bakłażana od cukinii; no więc wchodzę i widzę cuda na kiju, które nie wiadomo, czy są raczej słodkie czy raczej kuresko pikantne, czy się je dusi czy je na surowo… Niektóre znam z programów Jamiego Oliviera (siara!) ale w buzi w życiu nie miałam. Powoli powoli robię research...
Konkluzja jest taka, że rozmaitość jedzenia sprawia, iż każdy znajdzie coś fajowego. Mnie wcale nie brakuje chleba (który mogłabym sobie kupić bez problemu w polskim sklepie – w którym nomen omen byłam raz, z ciekawości, ale wywiała mnie nuda, jeżyki i delicje, których szczerze nie znoszę) – zastąpiłam go z powodzeniem pitą. Ja serce pita. Do pity idealny jest humus i zielony ogórek, ach! Albo peanutbutternjelly. Jeszcze jest różowa rybna taramosalata, co ma swoich fanów i nie jestem to ja (brr). Inna opcja to wielki płaski chlebek turecki, co jakoś się wydawał mi pospolity, dopóki się nie zakochałam. Do mojej codziennej diety weszły też gładko avocado, których kupuje 5 za funta i jem sobie same lub rozgniatam widelcem w guacamole (+ czosnek, cebula, sok z cytryny i sól, jasna sprawa).
Ototaramosalata:
Subskrybuj:
Posty (Atom)