Nic się nie pisało i już miałam poje*ać tego bloga, jak kilka poprzednich (..) ale niech mi służy terapeutycznie, nich mam coś motywującego oraz troszkę niby kreatywnego hyhy Mogę sobie na to pozwolić tym spokojniej, że nikt a nikt tu nie zagląda. Tylko ja czasem a i to rzadko. Taka schizofrenia.
A propos chorób psychicznych to udało mi się zupełnie niechcący nabawić paranoi i to w dodatku w momencie, gdy dręczyła mnie depresja. Yay. Dlatego wycięło mnie na ponad miesiąc. Ale potem przyszły posiłki z Ojczyzny, trochę się ogarnęłam and here I am. Co robić, jak cię złapie paranoja, poradził mi ziom: myśl o czymś innym. Proste.
Z kulinarnych nowinek: zaliczyłam swojego pierwszego skipa! Tacki pełne sushi z Wasabi :} Hell yeah! Zbiera się je nocą z niebieskich worków pod rzeczoną sieciówką. Najpierw ważysz w rękach worki: w cięższych jest jedzenie a w lekkich śmieci. A potem wybrzydzasz: tego nie chce, to mogę wziąć. Następnego dnia zrobiłam industrialny sushi piknik tj. kocyk na betonie (amfiteatr The Scoop, gdzie do kotleta przygrywała pani w ramach More Free London czy jakoś tak; potem dach One New Change z widokiem na St.Paul's) a w koszyczku sushi. New age fun with a vintage feel.
Passing Clouds ma się dobrze choć coraz kameralniej się robi w wakacje. Pani francuska reżyserka kręciła o nas (nich będzie, że się utożsamiam) film i zrobiła przy okazji smakowite ratatuj. Ja potem pozazdrościłam i też spróbowałam i okazuje się, że ratatuj to nic innego, jak leczo, o, i robi się je tak: kroi się cebulę, paprykę, cukinię, bakłażan można też, i pomidory. W tej też kolejności się smaży: jak jedno zmięknie to można dodać kolejne, a pomidory na końcu, bo najmniej wymagają duszenia. Sól, pieprz i gotowe.
I jeszcze z Haggerston Park przyszły mirabelki, co mnie diablo linkują z dzieciństwem na Mazurach, więc wzięłam i zrobiłam ciasto. Też łatwo:
Kruche ciasto zrobić z jakiegoś sprawdzonego przepisu lub z neta ;) Im prostszy przepis tym lepiej, bo nic tam nie rośnie i w ogóle nie ma to większego znaczenia. Podpiec samo a potem poukładać wypestkowane śliweczki i posypać cukrem, bo kwaśne. W wersji ekstrawaganckiej: ubić pianę z białek, wmieszać w nią różowy kisiel i taką śmieszną różową pianą pokryć wszystko. I znów zapiec. Można też kruszonką posypać z tego samego kruchego ciasta. W ogóle wszystko wolno.
W następnym odcinku: grzybowe risotto czyli skąd pochodzą arborianie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz