Brzuszek mówi: poproszę polentę.
Polentę kupiłam w zastępstwie kuskusu, bo ileż można jeść kuskus. (Ta zasada nie sprawdza się w przypadku makaronu z pesto – makaron z pesto można jeść codziennie. Żart. Penne z pesto to pierwsze, co brzydnie emigranowi w UK) No więc polenta, oprócz tego, że składa się z małych żółtych kulek, niewiele ma wspólnego z kuskusem: trzeba ją długo gotować, w dodatku MIESZAJĄC (sick!), czyli zupełnie się nie nadaje do I-Can’t-Be-Bothered Diet. On the other hand polenta sama w sobie stanowi danie, wystarczy dodać oliwę i sól i co tam się ma lub nie ma. Ja mam zapas polenty (tak, jak w przypadku mung daalu, familijna opakowka) a w mojej kuchni jedzenia się nie marnuje! Polenta, jak jej się nie zje od razu, to zastyga. I choć wszędzie piszą, że to fajnie, bo potem można ją pokroić i ugrilować, to mnie ta druga opcja nie smakuje; lubię taką ciepłą, miękką jak grysik polentę, która się uśmiecha w brzuszku i mruczy. Ja do mojej dodam sera jak feta – zobaczymy, co będzie!
Z niewypałów: siemię lniane i otręby sojowe. Kiedyś w napadzie ortorektycznego szału kupiłam te gadżety no i generalnie na-chuj się przydają. Siemię fajna rzecz, jak się ma moździerz, żeby porozgniatać; ja nie mam. W charitkach jakoś bieda z moździerzami. Natomiast soya bran to ja nie wiem, czemu to może służyć. Swego czasu jadałam owsianki i inne płatki, to dosypywałam. Ale uznałam te śniadaniowe wydziwy za narzędzie szatana i nie jem już. To samo z jogurtami (wiem, pisałam co innego; w moim świecie przeciwstawienia harmonijnie sobie współistnieją, nic nie poradzę, w związku z czym palę nie paląc i jem jogurty czasem brzydząc się jogurtami, które to jogurty lasują mózgi i promują konsumpcyjny styl życia, pozbawiając marzeń ofkors. Fuj!). I teraz nie wiem już, gdzie dosypywać. Zawsze można ukryć w ziemniaczkach, ale gdzie tu sens (poza tym za dużo roboty przy ziemniaczkach, ziemniaczków nie jemy; chyba że pieczone w mundurkach, co przecież same się pieką, ale jak w nich ukryć otręby??).
Brzuszek przypomina: polenta.
P.S. Dobra polenta z fetą i posypana zieloną pietruszką i czymś na kształt skwarek zmontowanym z fałszywego angielskiego boczku
piątek, 25 lutego 2011
środa, 23 lutego 2011
no-food diet
Aktualnie jestem na I-Can’t-Be-Bothered Diet. Jem tylko to, co wymaga minimalnej obróbki i najlepiej: przychodzi samo (oliwki w sklepie, owoce w pracy, jedzenie wspóllokatorów…). Jak już trzeba coś kupić to wybieram owoce, sery, puszki z tunczykiem, daktyle, czekoladę, jogurt. Wychodzi na to, że w ciągu dnia zjadam same przekąski. Brzuszek zapycham sokiem pomidorowym, gdy burczy, oraz kawą, dużą kawą. I luv coffee. Główna zasada: keep urself busy to zapomnisz o jedzeniu.
Gdy mój wspólnik w niecnotach naprawi rower, przejdę na Free-Food-Only Diet, która, w odróżnieniu od I-Can’t-Be-Bothered Diet wymaga już troche wysiłku. Darmowe jedzenie można albo podjadać, ale wtedy zawsze będą to małe ilości, albo skipować (albo kraść, ale tej opcji nie biorę pod uwagę, bo mam blokadę jakąś taką moralną) czyli po prostu wyszperowywać w śmieciach przysupermarketowych (skip to śmietnik).Nazywa się to ładnie freeganizm. Ktoś, komu się zachce, pokręci nosem a mnie się nie chce tłumaczyć, dlaczego jedzenie, które ma wgniecione lub podarte opakowanie dalej nadaje się do spożycia, mimo że Pan Tescos uważa inaczej. No ale oprócz wysiłku trzeba też zdjąć blokadę ojej-ludzie-się-patrzą-jak-grzebię-w-śmieciach i do tego jest mi potrzebny wspólnik, sama się krępuję. Dlaczego potrzebny jest rower – bo nie dla wszystkich to skojarzenie jest oczywiste: i do not walk anymore, i cycle. Zresztą najbliższe tescos oprócz tego, że nie wiem, gdzie jest, to stopro jest za daleko by iść, a już na pewno by iść obładowanym darmowymi dobrami, a jechać na skipa autobusem czy metro to już jakaś perwersja – za 3-4 funty za bilety (x2) można mieć mnóstwo jedzenia.
Nie skipowałam jeszcze nigdy sama ale dostawałam zeskipowane jedzenie od znajomych: kawę nescafe exspresso w ilościach hurtowych, tofu, warzywa, nawet rogaliki z czekoladą :}
Teraz żyję za Ł3 na dzień & counting (w dół).
Skoro już jestem przy free foodz to cynk sprzedam taki, że co niedziela w Passing Clouds odbywa się impreza pt. Peoples kitchen, gdzie się wspólnie gotuje, wykorzystując jedzenie podarowane przez supermarkety oraz co ludzie przynieśli, a potem się wspólnie zajada wege smakołyki. Gotowanie zaczyna się od 15 a jedzenie to jak się skończy gotowanie. Mnie się zazwyczaj udaje zdążyć dopiero na jedzenie.. ale czasem pozamiatam albo zmyję naczynia, żeby na krzywy ryj nie zajadać. A potem są filmy i impreza i w ogóle superfajnie. Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.
Gdy mój wspólnik w niecnotach naprawi rower, przejdę na Free-Food-Only Diet, która, w odróżnieniu od I-Can’t-Be-Bothered Diet wymaga już troche wysiłku. Darmowe jedzenie można albo podjadać, ale wtedy zawsze będą to małe ilości, albo skipować (albo kraść, ale tej opcji nie biorę pod uwagę, bo mam blokadę jakąś taką moralną) czyli po prostu wyszperowywać w śmieciach przysupermarketowych (skip to śmietnik).Nazywa się to ładnie freeganizm. Ktoś, komu się zachce, pokręci nosem a mnie się nie chce tłumaczyć, dlaczego jedzenie, które ma wgniecione lub podarte opakowanie dalej nadaje się do spożycia, mimo że Pan Tescos uważa inaczej. No ale oprócz wysiłku trzeba też zdjąć blokadę ojej-ludzie-się-patrzą-jak-grzebię-w-śmieciach i do tego jest mi potrzebny wspólnik, sama się krępuję. Dlaczego potrzebny jest rower – bo nie dla wszystkich to skojarzenie jest oczywiste: i do not walk anymore, i cycle. Zresztą najbliższe tescos oprócz tego, że nie wiem, gdzie jest, to stopro jest za daleko by iść, a już na pewno by iść obładowanym darmowymi dobrami, a jechać na skipa autobusem czy metro to już jakaś perwersja – za 3-4 funty za bilety (x2) można mieć mnóstwo jedzenia.
Nie skipowałam jeszcze nigdy sama ale dostawałam zeskipowane jedzenie od znajomych: kawę nescafe exspresso w ilościach hurtowych, tofu, warzywa, nawet rogaliki z czekoladą :}
Teraz żyję za Ł3 na dzień & counting (w dół).
Skoro już jestem przy free foodz to cynk sprzedam taki, że co niedziela w Passing Clouds odbywa się impreza pt. Peoples kitchen, gdzie się wspólnie gotuje, wykorzystując jedzenie podarowane przez supermarkety oraz co ludzie przynieśli, a potem się wspólnie zajada wege smakołyki. Gotowanie zaczyna się od 15 a jedzenie to jak się skończy gotowanie. Mnie się zazwyczaj udaje zdążyć dopiero na jedzenie.. ale czasem pozamiatam albo zmyję naczynia, żeby na krzywy ryj nie zajadać. A potem są filmy i impreza i w ogóle superfajnie. Są jeszcze dobrzy ludzie na świecie.
czwartek, 17 lutego 2011
bajkowe jedzenie
Jako fan "Chowdera", zjadam na próbe to, co się kryje pod imionami jego bohaterów. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście chowder (z kartonika sysy) – smakowita rybna zupka (bo to był rybny chowder), odfajkowane.
Chciałabym w tym momencie napisać, ze zupki z kartonika są złe, po ang EVIL: są smaczne i tanie, nie wspominając już o prostocie przyszykowania (otworzyć kartonik…) ale naszpikowane bez wątpliwości jakimś złem tuczącym i przytępiającym zmysły i pozbawiającym marzeń. Wracając do mojej kreskówki: potem kupiłam mung daal a że torebka duża to jadłam go na różne sposoby, głównie traktując jako zamiennik soczewicy, i jeszcze zostało. Więc robiłam niby-sambar, niby-curry, i inne mieszanki do tej pory nieodkryte/nienazwane, dodając warzywa jakie miałam (cukinia, marchewka), przecier pomidorowy, pastę curry etc.
W kolejce: Trufla, Shnitzl, Panini, Endive, Kimchi i.in.
czyli>>>>>>>>>
Chciałabym w tym momencie napisać, ze zupki z kartonika są złe, po ang EVIL: są smaczne i tanie, nie wspominając już o prostocie przyszykowania (otworzyć kartonik…) ale naszpikowane bez wątpliwości jakimś złem tuczącym i przytępiającym zmysły i pozbawiającym marzeń. Wracając do mojej kreskówki: potem kupiłam mung daal a że torebka duża to jadłam go na różne sposoby, głównie traktując jako zamiennik soczewicy, i jeszcze zostało. Więc robiłam niby-sambar, niby-curry, i inne mieszanki do tej pory nieodkryte/nienazwane, dodając warzywa jakie miałam (cukinia, marchewka), przecier pomidorowy, pastę curry etc.
W kolejce: Trufla, Shnitzl, Panini, Endive, Kimchi i.in.
czyli>>>>>>>>>
poniedziałek, 7 lutego 2011
jesień zima i zima
Jesień
Jesień spędzałam w Polsce, a bez pieniędzy. Jesienią jadłam niewiele, co było za darmo lub tanio; chodziłam na grandę w ogródki działkowe, sprawdzałam czy mlecz faktycznie da sie jeść (jesienią raczej nie da się; może wiosną…), czaiłam się na orzechy pod blokiem. Jeździłam też w odwiedziny do znajomych a że większość z nich także była na bieda-diecie to wymienialiśmy się: ja ci jagody od mamy z ogrodu, ty mi muffinz (bo da się tanio mufiny!). A przy okazji planu filmowego stołowałam się na planie filmowym.
Przydatna też okazała się półka z przecenionymi produktami w osiedlowym tescos – teraz już nie mieszkam w Polsce a półka reduced w tescos dalej daje rade…
królik stąd
Zima
Zimę spędzam na tzw Wyspach. Pomysł może średni – trzeba było uderzać w cieplejsze kraje – ale i tak cieplej niż w PL nynyny. Spędzam i spędzam, zimę i zimę. Przykrzy mi się już to spędzanie zimy więc na wiosnę wybieram się W Świat. Ale to jeszcze nie teraz, sniff. Wracając do zimy…
Mówili wszyscy, co im się zdarzyło być na saksach (czyli wszyscy), że jedzenie angielskie niedobre. Ale jest różnica istotna między ‘jedzeniem angielskim’ a ‘jedzeniem w Anglii’. Angielskiego nie znam, nie tykam się. Spróbowałam raz pie z ciekawości – paskudztwo. Fish’n’chips daje rade zdecydowanie ale ryba i frytki to nic znów takiego oryginalnego a i podobno żydowski a nie angielski pomysł. Shortbreads lubie, o tak. Peanutbutter and jelly (a jeszcze lepiej honey) – jestem na odwyku.
Ale poza jedzeniem wyspiarskim jest jeszcze imigracyjne – zewsząd, ze wszystkich biednych a egzotycznych krajów (jak Polska). Jak wchodze do spożywczego to czuje się tak, jak niektórzy co ich znam chłopcy, co nie odróżniają pietruszki od innej zieleniny a bakłażana od cukinii; no więc wchodzę i widzę cuda na kiju, które nie wiadomo, czy są raczej słodkie czy raczej kuresko pikantne, czy się je dusi czy je na surowo… Niektóre znam z programów Jamiego Oliviera (siara!) ale w buzi w życiu nie miałam. Powoli powoli robię research...
Konkluzja jest taka, że rozmaitość jedzenia sprawia, iż każdy znajdzie coś fajowego. Mnie wcale nie brakuje chleba (który mogłabym sobie kupić bez problemu w polskim sklepie – w którym nomen omen byłam raz, z ciekawości, ale wywiała mnie nuda, jeżyki i delicje, których szczerze nie znoszę) – zastąpiłam go z powodzeniem pitą. Ja serce pita. Do pity idealny jest humus i zielony ogórek, ach! Albo peanutbutternjelly. Jeszcze jest różowa rybna taramosalata, co ma swoich fanów i nie jestem to ja (brr). Inna opcja to wielki płaski chlebek turecki, co jakoś się wydawał mi pospolity, dopóki się nie zakochałam. Do mojej codziennej diety weszły też gładko avocado, których kupuje 5 za funta i jem sobie same lub rozgniatam widelcem w guacamole (+ czosnek, cebula, sok z cytryny i sól, jasna sprawa).
Ototaramosalata:
Jesień spędzałam w Polsce, a bez pieniędzy. Jesienią jadłam niewiele, co było za darmo lub tanio; chodziłam na grandę w ogródki działkowe, sprawdzałam czy mlecz faktycznie da sie jeść (jesienią raczej nie da się; może wiosną…), czaiłam się na orzechy pod blokiem. Jeździłam też w odwiedziny do znajomych a że większość z nich także była na bieda-diecie to wymienialiśmy się: ja ci jagody od mamy z ogrodu, ty mi muffinz (bo da się tanio mufiny!). A przy okazji planu filmowego stołowałam się na planie filmowym.
Przydatna też okazała się półka z przecenionymi produktami w osiedlowym tescos – teraz już nie mieszkam w Polsce a półka reduced w tescos dalej daje rade…
królik stądZima
Zimę spędzam na tzw Wyspach. Pomysł może średni – trzeba było uderzać w cieplejsze kraje – ale i tak cieplej niż w PL nynyny. Spędzam i spędzam, zimę i zimę. Przykrzy mi się już to spędzanie zimy więc na wiosnę wybieram się W Świat. Ale to jeszcze nie teraz, sniff. Wracając do zimy…
Mówili wszyscy, co im się zdarzyło być na saksach (czyli wszyscy), że jedzenie angielskie niedobre. Ale jest różnica istotna między ‘jedzeniem angielskim’ a ‘jedzeniem w Anglii’. Angielskiego nie znam, nie tykam się. Spróbowałam raz pie z ciekawości – paskudztwo. Fish’n’chips daje rade zdecydowanie ale ryba i frytki to nic znów takiego oryginalnego a i podobno żydowski a nie angielski pomysł. Shortbreads lubie, o tak. Peanutbutter and jelly (a jeszcze lepiej honey) – jestem na odwyku.
Ale poza jedzeniem wyspiarskim jest jeszcze imigracyjne – zewsząd, ze wszystkich biednych a egzotycznych krajów (jak Polska). Jak wchodze do spożywczego to czuje się tak, jak niektórzy co ich znam chłopcy, co nie odróżniają pietruszki od innej zieleniny a bakłażana od cukinii; no więc wchodzę i widzę cuda na kiju, które nie wiadomo, czy są raczej słodkie czy raczej kuresko pikantne, czy się je dusi czy je na surowo… Niektóre znam z programów Jamiego Oliviera (siara!) ale w buzi w życiu nie miałam. Powoli powoli robię research...
Konkluzja jest taka, że rozmaitość jedzenia sprawia, iż każdy znajdzie coś fajowego. Mnie wcale nie brakuje chleba (który mogłabym sobie kupić bez problemu w polskim sklepie – w którym nomen omen byłam raz, z ciekawości, ale wywiała mnie nuda, jeżyki i delicje, których szczerze nie znoszę) – zastąpiłam go z powodzeniem pitą. Ja serce pita. Do pity idealny jest humus i zielony ogórek, ach! Albo peanutbutternjelly. Jeszcze jest różowa rybna taramosalata, co ma swoich fanów i nie jestem to ja (brr). Inna opcja to wielki płaski chlebek turecki, co jakoś się wydawał mi pospolity, dopóki się nie zakochałam. Do mojej codziennej diety weszły też gładko avocado, których kupuje 5 za funta i jem sobie same lub rozgniatam widelcem w guacamole (+ czosnek, cebula, sok z cytryny i sól, jasna sprawa).
Ototaramosalata:
Subskrybuj:
Posty (Atom)