Jesień spędzałam w Polsce, a bez pieniędzy. Jesienią jadłam niewiele, co było za darmo lub tanio; chodziłam na grandę w ogródki działkowe, sprawdzałam czy mlecz faktycznie da sie jeść (jesienią raczej nie da się; może wiosną…), czaiłam się na orzechy pod blokiem. Jeździłam też w odwiedziny do znajomych a że większość z nich także była na bieda-diecie to wymienialiśmy się: ja ci jagody od mamy z ogrodu, ty mi muffinz (bo da się tanio mufiny!). A przy okazji planu filmowego stołowałam się na planie filmowym.
Przydatna też okazała się półka z przecenionymi produktami w osiedlowym tescos – teraz już nie mieszkam w Polsce a półka reduced w tescos dalej daje rade…
królik stądZima
Zimę spędzam na tzw Wyspach. Pomysł może średni – trzeba było uderzać w cieplejsze kraje – ale i tak cieplej niż w PL nynyny. Spędzam i spędzam, zimę i zimę. Przykrzy mi się już to spędzanie zimy więc na wiosnę wybieram się W Świat. Ale to jeszcze nie teraz, sniff. Wracając do zimy…
Mówili wszyscy, co im się zdarzyło być na saksach (czyli wszyscy), że jedzenie angielskie niedobre. Ale jest różnica istotna między ‘jedzeniem angielskim’ a ‘jedzeniem w Anglii’. Angielskiego nie znam, nie tykam się. Spróbowałam raz pie z ciekawości – paskudztwo. Fish’n’chips daje rade zdecydowanie ale ryba i frytki to nic znów takiego oryginalnego a i podobno żydowski a nie angielski pomysł. Shortbreads lubie, o tak. Peanutbutter and jelly (a jeszcze lepiej honey) – jestem na odwyku.
Ale poza jedzeniem wyspiarskim jest jeszcze imigracyjne – zewsząd, ze wszystkich biednych a egzotycznych krajów (jak Polska). Jak wchodze do spożywczego to czuje się tak, jak niektórzy co ich znam chłopcy, co nie odróżniają pietruszki od innej zieleniny a bakłażana od cukinii; no więc wchodzę i widzę cuda na kiju, które nie wiadomo, czy są raczej słodkie czy raczej kuresko pikantne, czy się je dusi czy je na surowo… Niektóre znam z programów Jamiego Oliviera (siara!) ale w buzi w życiu nie miałam. Powoli powoli robię research...
Konkluzja jest taka, że rozmaitość jedzenia sprawia, iż każdy znajdzie coś fajowego. Mnie wcale nie brakuje chleba (który mogłabym sobie kupić bez problemu w polskim sklepie – w którym nomen omen byłam raz, z ciekawości, ale wywiała mnie nuda, jeżyki i delicje, których szczerze nie znoszę) – zastąpiłam go z powodzeniem pitą. Ja serce pita. Do pity idealny jest humus i zielony ogórek, ach! Albo peanutbutternjelly. Jeszcze jest różowa rybna taramosalata, co ma swoich fanów i nie jestem to ja (brr). Inna opcja to wielki płaski chlebek turecki, co jakoś się wydawał mi pospolity, dopóki się nie zakochałam. Do mojej codziennej diety weszły też gładko avocado, których kupuje 5 za funta i jem sobie same lub rozgniatam widelcem w guacamole (+ czosnek, cebula, sok z cytryny i sól, jasna sprawa).
Ototaramosalata:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz