aach sentymentalne wycieczki tam, skąd się umknęło. patrzę: tak samo. tylko balon po drugiej stronie rzeki a oszpecony chu*owym napisem. i jednak obco trochę. czyżbym się wykorzeniła?
dość wątpliwych wzruszeń, pora gotować.
przemyciłam w podręcznym bagażu, oprócz pesto, o którym już była mowa, anarchistyczne publikacje z uk a konkretniej kupioną w freedom books książkę kucharską pt. ekhm "Soy, not oi" (i know..). Nic tam nie widzę ciekawego na razie poza przepisem na szampon..
więc zatem zrobiłam przepis sprawdzony czyli grzybowe risotto, co się je przyrządza tak (uwaga, wersja bardzo nieortodoksyjna):
patelnia rozgrzej oliwę wrzuć cebulę czosnek podsmaż i pieczarki podduś chwilę nie ma znaczenia ile dorzuć ryż zamieszaj smaż razem i podlej winem/bulionem/wodą albo jak ja: piwem. jak wsiąknie woda wlewasz więcej aż się ugotuje ryż. dosyp przyprawy sól pieprz coś od siebie. mój patent: jeśli ryż nie był specjalny czyli risotto albo arborio rice to dosyp łyżkę mąki przecież to skrobia a o to nam chodzi, żeby się posklejało nie ma co wydawać 9-11 zł na specjalny ryż, raczej. wmieszać można co się lubi do tego, my (!) wmieszaliśmy tuńczyk oliwki i natkę pietruszki. o tak.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz