Podebrałam kurce z dolnej półki w lodówce jajko: białko ubiłam ze szczyptą soli a potem wmieszałam żółtko. W międzyczasie usmażyłam pół cukinii w plasterkach (15p), garść dziecinnego szpinaku (baby spinach; pół kg za Ł1,8 więc taka garstka to może 18p) i potem te warzywa dodałam do jajek i z powrotem na patelnię. Jak zalewam warzywa jajkami to mi nie wychodzi, ale może to ja jakaś trefna jestem. Sól i pieprz. Jak się podsmaży ze spodniej strony to składam na pół i jeszcze z dwóch stron obsmażam taki półksiężycowy omlet. Nikt mnie nie uczył robić omletów i taką sobie wypracowałam metodę. Posypałam jeszcze podkradzioną pietruszką (dostałam pozwolenie podkradać) i kieliszek soku pomidorowego i można jechać na tym pół dnia. Całe danie, nawet bez podkradania, za pół funta.
Że dzień się okazał nie moim dniem (not my day) : między ambasadą tajską a wietnamską, co są oddalone o 5 min spaceru, zgubiłam paszport, a że w międzyczasie zamknęli tę pierwszą to się nie dowiedziałam, czy aby nie został w okienku. Jak nie został to do dupy (pardon le mot) pojadę a nie W Świat. Dodam tylko, że zgubiłam już centralnie wszystkie najważniejsze-rzeczy-co-się-ich-nie-powinno-gubić jakie tylko się dało: kartę kredytową, teczkę ze wszystkimi dokumentami, klucze do mieszkania, kartę NI, przez miesiąc nie miałam dowodu, a teraz paszport. I siebie nie raz. Koniec dygresji i żalów nad własną gapowatością.
Więc w związku z niefartownym poniedziałkiem (i okulary słońcowe zostawiłam na poczcie) zafundowałam sobie specjalne traktowanie: wsunęłam wegetariańskiego samosa w fajoskim indiańskim take-away na Gloucester Road (80p) i kupiłam w charitku „chińczyka” i „węże i drabiny” – 2w1 gry mojego dziecięctwa (Ł1,99; sentymentalne powroty do przeszłości – bezcenne).
Jak wróciłam do domu z miną pt. nie mów do mnie – właśnie zgubiłam paszport, to się okazało, że współlokator wyjadł mi cały zapas niby-sambaru, co ja myślałam, że starczy na długo i jedyne co zostało poza warzywkami (nie umiem się najadać samymi warzywkami, trzeba to jeszcze przepracować) to puszka tuńczyka. And guess what: żaden otwieracz do puszek nie działał. Zawołałam do pomocy wszystkich mężczyzn w domu (13 do 15) i wyszłam. Jak wróciłam puszka była otwarta.
Treat z tuną: garść dziecko-szpinak, pół puszki tuńczyka (dla mnie istnieje tylko ten w kawałkach, w oleistej mazi, mniam), garść kiełków fasolki jakiejś (60p za pokaźną opakowkę, mało pi za garść), biedny pomidorek (10p), kawałek ogórka, oliwa, sól, pieprz (nic nie ukradłam).
Frustracje zechciałam rozjeździć rowerem – sprawdzony patent, gdyż myśli wszystkie trzeba skupić na ruchu ulicznym, bo inaczej mia zga. Zmyśliłam pretekts hihi pretekst – Woodgreen Shopping Centre. Do samego zakupowego centrum nie weszłam ale w okolicy są warzywne stragany i kupiłam miskę jabłek (tu się kupuje na miski; miska za funta) i dostałam cytrynę w prezencie; nie potrzebowałam dwunastu i panmiły mi dał jedną. Oraz kupiłam jelly beans (50p), jak harypoteroskie fasolki wszystkich smaków, hell yeah!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz