czwartek, 17 marca 2011

stołówka "savoy"


Free food cd.
Postanowiłam popracować trochę w mojej zapasowej pracy, żeby natrzaskać jeszcze trochę hajsu przed wyjazdem, oraz z powodów sentymentalnych oraz z powodu savojowej kantyny sasa
Moja zapasowa praca to kelnering przy eventach; zero tipów ale też zero stresu. Praca przez 3h a reszta to ploty przy tzw. poliszowaniu glasów. Współkelnerzy (czy raczej hospitality assistants) to zbieranina rozbitków ze wszystkich miejsc na ziemi, co mnie zawsze dziwi, jak ludzie z raju przyjeżdżają do UK..
Wracając do free food: Savoy to znana marka, wyje*any hotel przy Strandzie; dbają o swoich pracowników. Clue tego posta, czyli kantyna, to jeden z najlepszych przykładów.
Ja przyjechałam za wcześnie, więc wbiłam do kantyny na kawę i ciastko. W efekcie wypiłam cappucino z dodatkowym espresso i latte i wsunęłam kawał tortu piankowego w kolorze zielonym i lody z polewą czekoladową. Czytałam Tiziano Tereziani "Powiedział mi wróżbita" - w ramach rozkmin o Azji, i było mi bardzo bardzo miło.
Potem popracowałam leniwie, z powodu przejedzenia, 2h i trzeba było iść na przerwę lunchową.
Na lunch serwują zwykle wybór przystawek, sałatek, zup, 3 dania główne, 3 desery, owoce i napoje i co dusza zapragnie.
Ja nałożyłam sobie świeże warzywa, rukolę i suszone morele, do tego zapiekankę ze słodkich ziemniaków i śmieszne coś z łososia, w kształcie kulistym. Następnym razem (zaraz, bo dziś też jadę a piszę z opóźnieniem jednodniowym) bardziej się postaram i zapamiętam nazwy tego, co jem.
Na deser ekhm spróbowałam pozostałych dwóch tortów: miętowo-czekoladowego i karmelowo-fistaszkowego. I od tej pory nie mogłam się ruszać a najgorsze dopiero miało nadejść..
Otóż eventem wieczoru była impreza Rolce Royce'a co sobie panie panowie zamiast standardowej obsługi zażyczyli wypaśne bufety. Wszystko oczywiście zostało w ilościach niedoprzejedzenia przez liczny staff. Z żalem patrzyłam na to całe jedzonko, co się mu przyjdzie zmarnować, ale wmusiłam w siebie tylko plasterek szynki parmeńskiej na zasadzie cieniutkiego płatka mięty.
Potem czekał mnie powrót rowerem do domu, o tyle emocjonujący, że wiozłam brzuch swój dziesięciokrotnie zwiększony oraz nie jechałam jeszcze tą trasą bardzo centralną, bo przez Trafalgar Sq i inne Piccadilly Cyrki. Efekt był taki, że przedarłam się dumna przez Strand, ginąc i zmartwychwstając, co autobus i ciężarówkę, prześlizgnęłam się przez transport borówek amerykańskich, co się komuś wydupcył z paki, rozjechałam wycieczkę Chińczyków by wylądować przedziwnym trafem w tym samym miejscu, z którego ruszyłam - i wszystko od nowa.
Potem moja trasa prowadziła cały czas prosto i trafiłam w jakieś zakazane dzielnice. Mijałam regularne blokowicha, baraki jakieś więzienne by trafić tadam na Camden Town. A stąd już prosto do domu, szkoda że pod najstromszą górę.

Droga "tam" była równie malownicza. Wprawdzie się tyle nie gubiłam, ale przejechałam przez 4 parki: Regents, Hyde, Green i St.James'. I odebrałam swoją wietnamską wizę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz